How to win in DiceWars.
Wise friend said:
If you play in Dice Games your goal is not to win but to help your luck.
* * *
Generaly the less opponents you will choose in DiceWars the more important will be your starting place. So the less players are in game the biggest luck is needed and more random is the game at first phase.
I will explain strategy for game with 8 players, but you can use it on any other games with less players.
Dictionary:
Tower - 4 dices in one area.
Double-tower - 8 dices in one area.
Territory - Areas of one player that are connected to each other.
Phase 1. How to judge map?
Three things are important.
1. Are your areas close to each other, that you have chance to connect them in one turn?
2. Do you have towers (or more) on one or two areas?
3. Are your areas surrounded by weaker areas than yours?
If you answered 3 times ‘yes’ that means this map is easy.
Less ‘yes’ you have, the bigger chance you will lose in first, second or thrid round.
I think it’s hard to find map with the middle dificulty. Mainly there are maps that are quite easy to win or maps on which winning is impossible if you do not have a huge luck.
Phase 2. Starting game: Connect yourself.
At start very important thing is to connect all your teritories (if it’s possible) and to conquer as many areas as it is possible. As you can see towers are very helpful to do this. If you do not have a chance to connect one of your areas to the main body it’s good idea to leave it for better time. At the end of the turn you will get such amount of new dices as your biggest teritory has areas.
It was hard to get used to this but at the start of the turn, when your towers are big, the best idea is to attack the strongest defenced areas. For me, the best idea is to attack areas that have one dice less than yours. The exception is when you have 2 dices. Then I usualy attack also areas with 2 dices.
If you manage, after first round, to have territory with 7 areas, it’s good. If you have 11 or more that means: This game will end quickly.
6 areas after 1 turn is very often not enough and if you have 5 you can start another game.
So as you can see the difference between very good and very bad situation is not big.
Don’t worry if you end with many territories that have only one dice on them. Still there is a chance that not all of them will be conquered. From the other side, it is not a good idea to lose dices by atacking strongest areas than yours. From the other other site
sometimes there is no other way.
Phase 3: Middle game. Avoiding double-towers.
Middle game starts when 3 or more players have towers and they can defend some of their areas during one turn. This is the time to start middle game strategy. The idea is to avoid areas that are defended by double-towers. Usually those areas are close to the edge of the map. So, when it is your turn to attack, select those areas and areas that border on them and just do not atack them. Thanks to this (for you) your opponents won’t have chance to attack you with their main forces. That means that you will have time to build up your dice-army. If you are the strongest try to conquer all areas that you can (except those that I mentioned earlier). If you aren’t the strongest player, help other players in atacking the strongest one. If they do not atack you, do not atack them as well or destroy them if you have enough dice-soldiers. The most important thing is to become the strongest player. If you are - time is your ally.
Phase 4: Ending the game. Kill them one by one.
If you are the strongest player and all other players only atack you that means the game should be ended. So, because of the middle-game strategy, theritories of your enemies have weak borders and very strong centers. Start to atack in a way that will allow your opponent to use only one of his double-towers during his turn. Do not be hurry, it’s still easy to lose whole game. In his turn he will attack you with this opened double-tower but it should be quite easy to take back all lost areas and conquer one area more. One by one you should kill them all.
I hope this will help you. Good luck.
Szkoła Romana - protest song.
Na melodię bardzo popularnej dawno temu piosenki “Zuppa Romana”. Tu jest próbka.
Patriotyzm, ciut faszyzmu
oraz zero optymizmu to szkoła Romana.
Mundurkowa elegancja,
zakazana tolerancja to szkoła Romana.
Straszy, karci i zabrania, przez to wychowuje,
a myślących nie poprawnie - likwiduje.
W ryzach ładu i porządku,
pozbawionego rozsądku jest szkoła Romana.
Przemoc w szkole ograniczy
bijąc dzieci przy tablicy nam szkoła Romana.
Duży Maciej, mały Orzech
tworzą z prochu dzieci boże, dziś w szkole Romana.
Co tam prawda i nauka, komu to potrzebne?
Przy mądrości giertychowej wszystko blednie.
W ryzach ładu i porządku,
pozbawionego rozsądku jest szkoła Romana.
Csikszentmihalyi mami.
W naprawianiu nieszczęść społecznych przeważają pomysły dotyczące modyfikacji obiegu zielonych kawałków papieru, co jest o tyle zdumiewające, że przecież nie te zielone papierki są nieszczęśliwe. (by D. Adams)
* * *
Amerykańscy naukowcy (psycholog Csikszentmihalyi i jego koledzy) myśleli przez lat kilka, wydali setki tysięcy dolarów na badania i już wiedzą! Do szczęścia potrzebne są dobre relacje z Bogiem i innymi ludźmi. Posiedli więc wiedzę tak tajemną, tak skrycie strzeżoną przez świetnie maskującą się (głównie w trzecim świecie) Organizację Ludzi Szczęśliwych, że zaginięcie Atlantydy pachnie przy tym banałem. Wiedza musi być skrywana, bo skoro to takie proste to czemu wciąż jest tylu nieszczęśliwych w Światach Pierwszym i Drugim? Naukowcy rzucili się do patentowania, pisania książek, głoszenia wykładów i zarabiania pieniędzy na prawdzie o której wszyscy wiedzą, a w którą nikt nie chce uwierzyć. Nieszczęśliwi ludzie dwóch pierwszych światów, ze znaną sobie błyskotliwością, rzucili się natomiast na książki i wykłady z nadzieją, że wreszcie to (153. w karierze) odbyte szkolenie oraz ta nowa książka (1284. do serii “Zostań szczęśliwy w weekend”) zdobiąca ich zasobną mahoniową biblioteczkę, uczynią ich choć trochę mniej nieszczęśliwymi. Jeszcze tylko kilka milionów dolarów, kilka lat i amerykańscy naukowcy odkryją, że relacja z Bogiem to nie to samo co dobre oceny z religii, a jakość związków międzyludzkich nie mierzy się ilością kontaktów na ICQ w grupie ‘Friends’. Ale na te rewelacje będziemy musieli jeszcze poczekać.
Jeśli ktoś jednak ma ochotę wydać pieniądze na książkę Csikszentmihalyego to zamiast niej w ramach dobrego streszczenia polecam darmową myśl rodzimego Tadeusza Boya-Żeleńskiego: “Jedzmy gówno, miliard much nie może się mylić”.
Również ekonomiści na nowy temat rzucili się jak ćmy na latarnię. A już myśleli, że świat pozostanie nieszczęśliwy, w końcu tyle się trudzą, tworzą wskaźników, systemów, przeliczników, a tu nic pierwszo- i drugoświatowcy jak byli nieszczęśliwi tak są dalej. Co więcej, sytuacja zdaje się pogarszać. Ale teraz się udało. Policzyli raz jeszcze. Zmienili paradygmat. Oświeciło ich. Przejrzeli! Już wiedzą! Uwaga! Aby być szczęśliwym musisz mieszkać w kraju z PKB na głowę mieszkańca pomiędzy 10 a 15 tysięcy dolarów. Ponieważ w takich Stanach czy Francji jest ono wyższe za niedługo podniosą się głosy, że ludzie są nieszczęśliwi, bo jest niekorzystny kurs dolara. Dewaluację się zrobi i ludzie Pierwszego i Drugiego Świata w ekstazę wpadną. My mamy w sam raz, więc już czuję mrowienie szczęścia w palcach.
I motto na resztę dnia: Prędzej ślepy kulawego przez Morze Czerwone suchą stopą przeprowadzi, niż ekonomista kogokolwiek uszczęśliwi.
Drążenie libertarianizmu.
Próbując (sam sobie) udowodnić konieczność istnienia państwa, w ramach dyskusji o wojsku najemnym i państwowym, zapędziłem się w końcu w przysłowiowy kozi róg. Uświadomiłem sobie wtedy, iż sam z własnej woli, zaangażowałem się w obronę państwa jako instytucji. Ta mentalna pułapka była moim ograniczeniem i w obecnym teksie postanowiłem się jej pozbyć. Nie zamierzam bronić zasadności istnienia państwa, bo nie to jest moim celem. Chcę pokazać, że libertarianizm jako taki opiera się na paradoksalnym życzeniu twórców. Gdy to zrobię, spróbuję w kontekście tego wywodu napisać coś o problemie wojska.
Założenia.
Założeniem libertarianizmu jest przekonanie, iż człowiek powinien mieć możliwość działania ograniczonego jedynie wolnością innych osób. Mieć możliwość samostanowienia o sobie i swoich wytworach.
Takie postawienie sprawy rodzi wiele różnych problemów, które muszą zostać rozwiązane, zanim uda się powołać libertariańską społeczność do życia np. problem wychowywania dzieci, ich przynależności i wolności osobistej, czy też problem utrzymania ekosystemu Ziemi. Problemów tych nie da się rozwiązać jedynie w oparciu o tą zasadę i konieczne jest dołożenie nowych zasad, na które nie wszyscy będą chcieli się zgodzić (bardzo ciekawa dyskusja: czyją własnością jest dziecko).
Nie jest to jednak jedyne założenie, które przyjmują libertarianie. Kolejnym (wygląda to trochę jak transakcja wiązana) jest pewna wizja człowieka. Człowieka, który ma potencjał, aby sobie w takiej nowej rzeczywistości poradzić. Libertarianie zakładają, że człowiek pozostawiony sam sobie, zatroszczy się o siebie (czyż nie on sam jest dla siebie największym dobrem?) i zorganizuje sobie rzeczywistość zgodnie z własnym życzeniem. Innymi słowy, libertarianie zakładają, że człowiek jako istota będzie w stanie spełnić postawione mu na początku akapitu wymaganie.
Szanse na przeżycie.
Świat libertarian nie jest więc światem błogiego lenistwa, ale światem ludzi prężnie działających we własnym interesie. Jak więc człowiek ma przeżyć w takim świecie? Rozwiązania są dwa. Albo zorganizuje się tak, że będzie sam w stanie zaspokajać swoje potrzeby, albo będzie dążył do wymiany z innymi libertariańskimi ludźmi. Pierwsze z tych rozwiązań jest charakterystyczne dla ludzi pierwotnych i raczej nie wchodzi w rachubę we współczesnym świecie. Człowiek, który zdecyduje się na to rozwiązanie, znajdzie się najprawdopodobniej na marginesie społeczności, a już na pewno nie będzie swoją pracą napędzał rozwoju całej społeczności. Pozostaje więc rozwiązanie drugie. Człowiek będzie dążył do specjalizacji, aby będąc profesjonalistą w jakieś dziedzinie móc zaoferować innym swoje usługi i w zamian za to otrzymać możliwość zaspokojenia własnych potrzeb.
I tutaj pojawia się pewien problem. Nie istnieje nierynkowa sfera publiczna. Cała więc publiczna działalność ludzka będzie uregulowana przez prawa rynkowe. Przedsiębiorstwa, szkoły, szpitale, muzea, parki krajobrazowe o tyle będą miały rację swojego istnienia, o ile będą przynosić zyski. Problem w tym, że celem działalności takich organizacji jak szkoły, szpitale czy ośrodki kultury, nie jest zysk, ale dostarczanie innym pewnych dóbr, które są niezbędne lub wskazane do tego, by być lepszym człowiekiem. Działalność edukacyjna, czy troska o zdrowie innych, to działalności innego rodzaju, niż działalność zorientowana na osiąganie zysku i nie dają się one do niej sprowadzić. Przekonanie, że na pytania: Co jest celem? i Co jest najbardziej zyskowne? uzyskamy tą samą odpowiedź za każdym razem, jest mieszaniem pojęć. Przykłady można mnożyć, albo szukać na co dzień w gazetach. Ja podam tylko trzy: Gdy bezcenny fragment przyrody, z wieloma unikalnymi gatunkami roślin i zwierząt nie przynosi mi zysku, bo rzadko kto docenia jego piękno, mogę spokojnie go zlikwidować i puścić środkiem autostradę, z której zysk będę miał z pewnością większy. Gdy produkuję leki i mam do wyboru prowadzić badania nad lekiem jednorazowym lub lekiem, który trzeba będzie przyjmować przez całe życie, to oczywiście z punktu widzenia ekonomii wybiorę ten drugi. Jeśli taniej mi wyjdzie, zamiast prowadzić dobrą szkołę, tylko wypromować ją na taką, zatrudniając przy tym partaczy, to powinienem tak zrobić.
Świat libertariański będzie światem rządzonym przez ekonomistów (mamy więc nową władzę), którzy w każdej sprawie będą mieli ostatnie zdanie, są przecież profesjonalistami w działaniu na rynku. Wszyscy inni będą o tyle nadawać się do systemu, o ile ekonomiści uznają to za konieczne.
Paradoks libertariański.
Wydaje mi się, że u podstaw libertarianizmu tkwi pewien paradoks. Z jednej strony jego twórcy zakładają wizję człowieka ograniczoną do aspektu ekonomicznego (mówią, że uregulowanie jedynie problemu własności, wystarczy do tego by zorganizować świat), z drugiej wierzą, iż na bazie tego elementu, uda się zbudować świat ludzi troszczących się o siebie wzajemnie. Wierzą oni, iż człowiek, którego motywacją jest osiąganie zysku (którego przeżycie, poprawne funkcjonowanie zależy od osiągania zysku) w sytuacji zysk czy dobre wykonanie pracy wybierze właśnie to drugie. Wierzą w altruizm stwarzając świat dla egoistów.
Zastanawia mnie jeszcze jeden paradoks (na marginesie). A może libertarianie już go rozwiązali? Dlaczego człowiek motywowany zyskiem, miałby szanować wolność innych? Dlaczego w sytuacji wyboru: zysk czy wolność innych, miałby wybrać to drugie?
Gdy nie ma polityków to nie ma złej władzy? (refleksja na marginesie)
Ciekawym obszarem do rozważań jest również pytanie: Jak się to wszystko skończy? Jak uporządkuje się świat libertariański. Osobiście w świat wolnej konkurencji nie wierzę. Uważam, iż życie dostarcza wielu przykładów, że przy odpowiednich finansowych barierach wejścia na rynek, powstanie na nim oligopol. Ten zaś raczej nie będzie się kierował zasadami wolnej konkurencji, ale zasadą wspólnego łupienia konsumentów (bo z ekonomicznego punktu widzenia, jest to bardziej korzystne).
Świat libertariański jawi mi się jako rządzony autorytarnie przez wielkie korporacje, które kontrolując każdy aspekt naszego życia, mogą go dowolnie modelować poprzez media i podział zasobów. No, ale to moja wizja.
O wojsku raz jeszcze.
Kilka słów o wojsku, na zakończenie. Wojsko nie jest organizacją nastawioną na zysk. Jest organizacją, której celem jest sprawne fizyczne likwidowanie przeciwnika, sprowadzające się najczęściej do zabijania innych. Wojsko może być oczywiście wykorzystywane również w innych celach (np. ochrony, czy kontroli terytorium), ale jego jakość określa sprawność w likwidacji wroga. W związku z tym, bazuje ono w zarządzaniu ludźmi nie tyle na relacjach funkcjonujących w handlu (Co z tego będę miał, że dla Ciebie pracuję?), ale na relacjach związanych z autorytetem (Bądź posłuszny, bo kulka w głowę! lub Mówię Ci, jak zabijemy tych po drugiej stronie to Nasz Świat będzie lepszy i bezpieczniejszy). Organizacje wojskowe nie wspierają zachowań racjonalnych (chyba, że w sztabie), ale bazują na odwoływaniu się do wspólnych wizji, nadziei na lepszy świat, a w ostateczności do zastraszania. Wojsko nie jest więc organizacją dla człowieka libertariańskiego. Kto rozsądnie myślący zaatakuje gniazdo karabinu maszynowego, jeśli szansa na przeżycie wynosi 1%? W imię czego ma to zrobić? Jeśli jego majątek właśnie został zrównany z ziemią, to nawet nie ma dokąd wracać.
Relacja pomiędzy społeczeństwem, a wojskiem państwowym nie ogranicza się tylko do utrzymywania tych drugich przez tych pierwszych. W każdym z państw wojsko otoczone jest wyjątkowym szacunkiem. Status społeczny żołnierzy jest wysoki (nawet bardzo wysoki), cieszą się zaufaniem (porównajmy ilość nagłaśnianych afer w polityce, policji i wojsku), bohaterowie wojenni dostają najwyższe odznaczenia państwowe, a wszyscy wojskowi mają zapewnioną opiekę państwa, o której inne grupy społeczne mogą co najwyżej pomarzyć. Bycie żołnierzem to misja, służba narodowi. Naród zaś, to dobro najwyższe, cenniejsze niż własne życie.
Różnica między wojskiem państwowym, a najemnym jest taka, iż żołnierze wojska państwowego słuchają generała, ale służą państwu (narodowi, społeczności). Wojsko najemne natomiast słucha generała i jemu też służy.
A co zamiast libertarianizmu? O tym za kilka postów.
Prywatne wojsko czy wojskowa prywata?
Libertarianin Maciej podzielił się ostatnio, ze społecznością WordPress’u, swoimi przemyśleniami na temat organizacji społeczności bez władzy państwowej. Wystarczy rzut oka na najnowsze wiadomości z serwisów informacyjnych by uświadomić sobie, że taka wizja życia bez państwa jest wielce nęcąca. Kaczyńscy i im podobni mogliby ponownie wrócić do kradzieży księżyca (ja chętnie oddam im swoją część na własność, jeśli się tam wyprowadzą), zamiast poświęcać się marnotrawieniu publicznych (kradzionych, powiedzą libertarianie) pieniędzy. Taki pomysł jednak napotyka wiele problemów, z których najbardziej oczywistym wydaje się zagadnienie utrzymania wojska. Marcin udzielił więc w tym zakresie pewnego wyjaśnienia. Zrobił to na wyraźną prośbę czytelników jego gazety libertariańskiej (w tym mnie).
Przeczytawszy całość, bez wahania rzucam się w wir podważania tez i udowadniania, że świat bez państw istnieć nie może.
Wolny obrót bronią.
Podstawą do wprowadzenia prywatnego wojska jest wolny obrót bronią. Jeśli nie będzie państwa, któż miałby to nadzorować. Widzę tu jednak pewien problem. Jeśli każdy będzie posiadał broń i nie będzie nikogo, kto by używających tej broni ścigał to co za problem postrzelać sobie do wszystkiego co się rusza, albo przynajmniej do tych, których posiadacz broni nie lubi. Każdy kto nie chciałby być tak po prostu zabity musiałby sobie organizować obronę. Każda więc własność musiałaby być odpowiednio broniona.
Skoro mam wojsko do obrony czemu go nie użyć do ataku.
Na naszym wolnym terytorium funkcjonowali by ludzie o różnym poziomie zamożności. Oczywistym jest, że ten bogatszy posiadałby wojsko większe niż ci biedniejsi. Rodzi się pytanie dlaczegóż ów bogatszy nie mógłby zagarnąć własności tych biedniejszych przychodząc do nich i pokazując im wielkość swojej armii.
Spółdzielnie i firmy wojskowe.
Oczywiście ci biedniejsi, jak i wszyscy inni mogliby się zorganizować i założyć firmy wojskowe lub spółdzielnie, których celem miałoby być utrzymywanie porządku na danym terytorium. Kolejne pytanie jest takie - Co powstrzymywało by właścicieli firmy wojskowej od wprowadzenia na chronionym przez siebie obszarze dyktatury wojskowej? Skoro bronieni są bezbronni, myślę że nic. Tym samym idea firm wojskowych wydaje się być niemożliwa do utrzymania.
Naturalną konsekwencją braku wojska na danym terytorium było by utworzenie się organizacji militarnych, które rządziłyby w sposób despotyczny na kontrolowanym przez siebie obszarze. Wiele zakątków świata jest tego doskonałym przykładem. Jak wydaje się taka opcja jest jeszcze gorsza niż 4RP.
Jesteś biedny dawaj nerki.
Cofając nasze rozumowanie kilka akapitów wstecz można jeszcze zapytać co stałoby się z tymi których nie stać by było na jakąkolwiek obronę. Myślę, że szybko powstałyby organizacje łowiące takich biedaków i sprzedające ich na części zamienne dla tych którzy mają pieniądze, a potrzebna im jest nerka, wątroba czy krew.
Gdy jest anarchia rośnie ryzyko.
Michał mówi o tym, iż siedziby największych na świecie korporacji przeniosły by się na takie terytorium z uwagi na brak konieczności płacenia podatków. Pytanie tylko czy warto przenosić swoją działalność z Cypru gdzie podatki są prawie żadne do miejsca gdzie podatków brak, ale w każdej chwili ktoś może cię napaść i zabić.
Za ile kupię twojego właściciela.
Całość moich rozważań i tak pozostanie na zawsze w teorii z uwagi na fakt, iż gdyby okazało się, że takie wolne terytorium jednak powstało i jest bronione przez najemne wojsko przewodniczący China Republic of People chwilę potem wykonałby telefon do generała owego wojska z propozycją: Nie wiem ile oni ci płacą, ale ja daję ci dwa razy więcej.
Państwa nie są jedynie poborcami podatkowymi. Są bardzo skomplikowanymi organizmami społecznymi, pełnymi tradycji, zwyczajów, o specyficznej kulturze i większość z nich ma za sobą kilkaset lat istnienia. Państwa zawsze były związane z wojskiem, gdyż bardzo prymitywizując zagadnienie, to właśnie wojsko konstytuuje państwo na pewnym terytorium. Państwo bez wojska jest niczym, a wojsko bez państwa - państwo sobie stworzy. Państwo w krótkiej perspektywie jawi się jako ten wrzód na tyłku, jednak w długoterminowym sposobie patrzenia na rzeczywistość jest ono pewnym (dużym) osiągnięciem cywilizacyjnym.
Na koniec parafraza sentencji któregoś guru zarządzania: Jeśli człowiek z pieniędzmi spotka człowieka z karabinem, to człowiek z karabinem zdobędzie pieniądze, ale człowiek z pieniędzmi nie dostanie karabinu.
Wstydźcie się matki pracujące!
Dzisiejsza wizyta w Kościele nie miała odbiegać od zwyczajowych coniedzielnych Mszy Świętych. W drodze do obmyślałem refleksję na temat uczciwości i zastanawiałem się, co też mądrego powie ksiądz na kazaniu. Taka zwykła niedziela.
Pamięć nie sługa. Kazania nie będzie, niedziela pierwsza w miesiącu. Będzie adoracja. No cóż, uroczyste wspólne modlitwy też mają sens, więc dlaczego by nie. I tak lekko uśpiony już zawodzeniem Bożego ludu, śpiewającego nie zawsze mądrze napisane pieśni, klękam do adoracji. O Rodzinie. Rodzina rzecz ważna i modlić się za nią nigdy za wiele, więc próbując rozróżnić słowa nowej pieśni wprowadzonej przez organistę oczekuję na słowo do ludu Bożego na temat problemów rodzinę trapiących.
Aborcja. Temat standardowy, jasny, oklepany można by napisać, póki nie przypomnimy sobie, że mowa jest o mordowaniu innych. Ujęcie od strony konsumpcjonizmu i traktowania innych jako własność i przedmioty. Kształcące. Słucham dalej.
I zaczyna się. Najpierw nie wierzę uszom. Potem zwalam na akustykę, niewyspanie, przemęczenie, hipnozę. No nie, jednak żyję, a to się dzieje naprawdę. Jedynacy to ofiary braku miłości swoich rodziców, skazani na samotność i ograniczony rozwój umysłowy. Niby się o to nie modlimy, tylko ksiądz opowiada to w adoracyjnej formie jako pewną wizję rodziny i jej problemów. No ale jednak. Całość kończy zdaniami uniwersalnymi typu: Módlmy się za dzieci z rodzin patologicznych, niekochających rodziców, żeby rodziny miały po 3 dzieci lub więcej etc. Zaprzeczyć temu nie sposób i modlę się chętnie, ale niesmak pozostał.
Księdzu jednak mało. Wyciąga zza sutanny kolejną mądrość. I o to się już modlić mamy. Tak powiedział. Modlimy się, za matki które pozostawiły swoje dzieci w domu dla pracy, bo wybrały one pogoń za pieniędzmi i marnościami tego świata, zamiast dobrze wychowywać swoje dzieci. Módlmy się za ojców, którzy na to pozwalają, aby się opamiętali. Przeprowadzam dodatkowe procesy myślowe, aby upewnić się czy dobrze zinterpretowałem słowa księdza. Dobrze. Nie modlę się. Poważnie rozważam wstanie i opuszczenie tego miejsca kultu religijnego, które aktualnie stało się miejscem manipulacji. Mam za sobą kilka dni dyskusji o manipulacji w mediach i zastanawiam się, co to za sytuacja, kiedy jeden człowiek natchnionym głosem zachęca (zmusza) innych do modlenia się w jego wątpliwej słuszności intencjach, a wszyscy inny postawieni w kłopotliwej sytuacji nawet nie mogą zaprotestować, bo naruszyliby wyjątkowy charakter miejsca. Ksiądz (celowo lub nie), kończy opowieść o dobrej rodzinie i przechodzi po raz kolejny do zdań uniwersalnych. Tym razem jednak samotne dzieci na moją szczerą modlitwę muszą poczekać. Zbyt wzburzony jestem i byłaby ona nieszczera, poza tym mogłaby sugerować innym wiernym, że się ze zdaniem księdza zgadzam.
Może ten specjalista od spraw rodzinnych zrobiłby kazanie na temat tego jak za 1400 złotych miesięcznie utrzymać w godnych człowieka warunkach 3 a docelowo 5 osób, w sytuacji gdy mieszkanie i media kosztują minimalnie 500 złotych. Albo lepiej niech pokaże jak to zrobić. Na chleb ze smalcem i odzienie z lumpeksu, nie wystarczy. Łatwo się wygłasza mądrości, gdy brak doświadczenia i gdy wiemy, że dana sytuacja nas nigdy nie spotka. Łatwo zostać parafialnym mędrcem, gdy ma się mikrofon i zero dyskutantów. Zmieszać mnie z żoną publicznie z błotem i odsądzić od czci i wiary
I jeszcze ta matka. Matka to. Matka tamto. A ojciec gdzie? Czemu nasz geniusz inżynierii rodzinnej nie opowie kazania na temat świadomego ojcostwa, dorastania do tego i godzenia wizji prawdziwego mężczyzny z prawdziwym ojcem? Tata został zredukowany do roli ekonomicznego wsparcia matki wychowującej dzieci. To ma być kochająca się rodzina? Nie opowie kazania bo woli czytać z książki “100 kazań na każdą okazję”. O niczym.
Dlaczego troskliwy i wielcemądry ksiądz nie traktuje kobiety jak człowieka. Człowieka, który ma swoje marzenia, aspiracje i może mieć swoją własną wizję rodzicielstwa. Połączonego z pracą lub bez niej. Skreślanie dorobku wielu milionów rodziców, którzy ciężko pracują po to, by swoim dzieciom zapewnić lepszą przyszłość, to jest jakieś koszmarne nieporozumienie.
A co jeśli mama zarabia więcej niż tata? Kto powinien zostawić pracę w trosce o wychowanie dzieci?
Kończę bo mały druidhek się obudził, a że ząbkuje to marudny strasznie i oczekuje, że tata (tata, tata, tata i jeszcze raz tata) go przytuli. Mama poszła do kościoła słuchać czemu jest zła, bo pracuje.
I żeby było jasne. Piszę o tym jednym. Czy sam to wymyślił, czy ktoś mu kazał nie wiem. Ale mógł nie mówić. Powiedział to ma.
PS. Druidhien, wróciła z kościoła (innej parafii). Tam ksiądz podzielił się z parafianami tą samą mądrością. Dwoje ludzi wyszło.


