Moc illokucyjna.

Katolicyzm walczący.

z 19 komentarzami

leftlekroć przeglądam strony i fora internetowe dochodzę do wniosku, iż w naszym kraju toczy się krwiożercza walka katolicyzmu (polskiego) z ateizmem. Gdybym nie spotykał się codziennie z ludźmi w pozasieciowej rzeczywistości, nabrał bym szybko przekonania, że wspomniana walka toczy się również z wykorzystaniem środków konwencjonalnych. Zadziwiający jest fakt, że oby dwie grupy – wojujący katolicy i wojujący ateiści – czują się zaszczutą mniejszością. Ateistów (wojujących) łatwiej zrozumieć. Państwo jest świeckie głównie na papierze, partie rządzące nie kryją swoich ateistycznych antypatii, a jak można się domyślać, pewnie i bliskie ateistom otoczenie patrzy na nich jak na dziwaków („No bądź sobie tym ateistą, ale co Ci szkodzi pójść od czasu do czasu do kościoła?”). Taka sytuacja sprzyja radykalizacji poglądów. Wątpliwości zmieniają się w pewność, pewność zmienia się we wrogość, a wrogość zmienia się w czynny anty-katolicyzm.

Dużo trudniej zrozumieć mi katolików, choć ideologicznie są mi zdecydowanie bliżsi. Ich poczucie bycia zaszczutym bierze się chyba z przekonania o tym, jaki jest świat poza Polską (zsekularyzowany) i co nam w związku z tym grozi. Ponadto Internet jako taki sprawia (na mnie) wrażenie miejsca, gdzie ateizm dominuje. Ostateczną kroplą, która przepełnia czarę jest chyba uzasadniona obawa, że wiara przeciętnego Polaka to zaledwie, odmalowywana od święta, fasada. Katolicka oświata mocno zinstytucjonalizowana i zbiurokratyzowana, unikająca jak ognia wątpliwości i pytań zasadniczych oraz kładąca nacisk na gesty i zastraszanie, produkuje ludzi którzy „wierzą” w Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba niejako z rozpędu. Ci ludzie wypracowują swoje własne wersje katolicyzmu, które są wspólne tylko w publicznych gestach, a poza tym ewoluują w sobie tylko znanych kierunkach. Od kultu Maryi jako trzeciej osoby boskiej, poprzez „Boże pomóż bom w potrzebie, a gdy dobrze to siedź w niebie”, po niewierzących, ale praktykujących. Rodzi to przekonanie, że igła konsumpcjonizmu przekłuje, w którymś momencie, ten balon i Kościół w mgnieniu jednego pokolenia zmarginalizuje się w świadomości zbiorowej Polaków.

Te zagrożenia i procesy stworzyły rzeszę wojujących katolików, których celem jak się zdaje jest udowodnienie wszem i wobec, że ateizm, a czasem wszystko co niekatolickie to zjawiska zdecydowanie złe, a instytucja Kościoła Katolickiego, jedyna wiarygodna następczyni pierwszej gminy chrześcijańskiej, jest organizacją tkniętą rysem doskonałości. To matka sukcesów cywilizacji zachodniej, do której zastrzeżeń mieć nie można. Co złego to nie my – mówią wojujący katolicy – wszelkie błędy to wynik uwikłanych w kontekst historyczny niedoskonałych jednostek (nie zawsze świadomych misji i woli Kościoła), których z naszej perspektywy zrozumieć nie sposób.

Ci to wojujący katolicy dopracowali się kilku obronnych argumentów, które początkowo budziły mój niepokój, potem zdziwienie, a ostatnio wrażenie, że ich twórcy strzelają sobie gola do własnej bramki.

Ateista – zły człowiek.

leftierwszy z nich to przekonanie, że ateiści są skazani na bycie złymi. Przesłanek ku temu z łatwością dostarczy przeczytanie dyskusji na najpopularniejszych forach gazet internetowych lub też dla bardziej wymagających pobieżnie przestudiowana historia od oświecenia do czasów obecnych. Przecież istnieją źli ateiści, ateiści kipiący nienawiścią, ateiści mordercy, ateiści obiecujący ludziom raj, który w praktyce okazał się piekłem. Kolejny krok – wrzucenie wszystkich ateistów do jednego worka przychodzi łatwo, zwłaszcza jeśli chwilę wcześniej dokonało się podobnego procesu z (dobrymi w swej istocie) katolikami. Wojującemu katolikowi dobry ateista nie mieści się w głowie. Po co on miałby być dobry? Przecież zło, z perspektywy doczesności, jest w swej istocie korzystniejsze i przyjemniejsze. To dopiero wizja boskiego planu i sądu ostatecznego budzi w człowieku motywację do czynienia dobra (zakład Pascala jest tego doskonałym przykładem). W ten sposób wszystkie grupy społeczne ustawione ze swej istoty poza Kościołem (homoseksualiści, żydzi, humaniści etc.) stają się złe nie ze względu na swoje czyny, ale ze względu na brak motywacji do bycia dobrym, natomiast katolicy są co najwyżej niedoskonali. Przyznać trzeba, że niektórzy ateiści wyjście poza ten stereotyp zdecydowanie utrudniają. Nie zmienia to jednak charakteru tego rozumowania, które nosi znamiona samospełniającej się przepowiedni.

Znam ateistów, którzy są dobrzy. Znam ich wielu. W zasadzie mógłbym powiedzieć, że nie znam świadomego złego ateisty. I tak sobie myślę, czy dobry uczynek wykonany bez wiary, że przyda się on kiedyś w ostatecznym rozrachunku na końcu czasów, wykonany w gruncie rzeczy absolutnie bezinteresownie nie jest lepszy od dobrego uczynku wykonanego by zapewnić sobie ciepły pokoik na wieczność w niebiosach?

Rewolucja Francuska była gorsza.

leftolejny argument dotyczy rozliczenia z przeszłością. Kościół popełniał błędy – to prawda, usłyszymy od katolika wojującego, ale były to błędy funkcjonujących w jego ramach (czasem na obrzeżach) jednostek i grup wspólnych interesów. Naśladowcy Chrystusa są przecież z natury rzeczy niedoskonali. Ateiści również popełniali błędy, ale ich błędy wynikały z ich złej natury i były dalece bardziej groźniejsze, monumentalne i niszczycielskie dla całego świata. To świeckie państwa rozpętały wojny światowe, to świeckie ideologie przyczyniły się do masowej zagłady w połowie XX w. i to świecka żądza całkowitej władzy była źródłem systemów totalitarnych. „Czy wiecie, że podczas Rewolucji Francuskiej zginęło 6 razy więcej ludzi niż podczas 300 lat Inkwizycji?” Zapewne umknął mi ten fragment Biblii, gdzie Jezus mówi: „Nie obwiniajcie się, gdy zabijecie któregoś z moich wrogów, oni bowiem zabiją sześć razy więcej ludzi.” Konieczność uwzględnienia kontekstu historycznego jest przywoływana, gdy mówimy o wyprawach krzyżowych, ale jest absolutnie niepotrzebna, gdy omawiamy II Wojnę Światową. Katolicy stworzyli podstawy cywilizacji zachodniej, rozpowszechnili pismo i zakładali uniwersytety, natomiast ateiści wynaleźli gilotynę, rozpowszechnili rozpustę moralną i zakładali obozy koncentracyjne.

Pismo święte jest nasze.

leftby zracjonalizować sytuację w której się znaleźli, wojujący katolicy wyciągają Biblię i bez wahania wskazują na fragmenty, gdzie Jezus przepowiada prześladowania jego wyznawców, pojawienie się szatańskich proroków i tryumfującą nienawiść do prawdy. Patrzcie, mówią: głosimy prawdę i za to nas nienawidzą! Nie rozumiem jednak dlaczego nie dostrzegają, że to samo mogą powiedzieć o sobie kalwini, luteranie, zielonoświątkowcy, baptyści, świadkowie Jehowy, żydzi, mahometanie, buddyści i… ateiści. Wszyscy oni, w swoim mniemaniu głoszą prawdę, a w świecie nienawiści każdy jest przez kogoś nienawidzony. Wielkość chrześcijan leży, jak myślę, nie w tym, że posiedli oni moc poznania co jest dobre, a co złe, ale w tym, że kochają oni tych, którzy ich nienawidzą. Pokochamy ich, zakrzykną wojujący katolicy, pokochamy homoseksualistów, innowierców i ateistów, ale niech oni przyznają, że mamy rację. Niech prawda zwycięży!

Wojujący katolicy za swoich największych przeciwników uznają wojujących ateistów. Toczą z nimi zacięte walki na słowa, z których nikt nie może wyjść zwycięsko. Angażują swoje siły w spektakularne akcje, jednoczą się, organizują i przegrupowują. Zaryzykuję jednak twierdzenie, że prawdziwy wróg (o ile można go tak nazwać) rozwija się zupełnie gdzie indziej. To rodząca się wraz z materialnym dobrobytem społeczna obojętność na duchowość człowieka. To ludzie, którzy gdy trzeba przychodzą się ochrzcić, gdy trzeba idą do komunii, gdy trzeba przyjmują księdza. Te rosnące po cichu, tuż pod nosem katolików walczących, rzesze obojętnych, gdy przyjdzie ich czas, gdy nadejdzie odpowiednia moda, znikną z kościołów jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bo choć trudno nie wierzyć w nic, to obojętny znajdzie dobrego boga w najbliższym supermarkecie.

Mam nadzieję, że się mylę…

Spis treści.

Written by dru'

30 maj 2007 @ 12:18 am

Napisane w refleksje

Odpowiedzi: 19

Subscribe to comments with RSS.

  1. Ten podział uwyraźnił się znacznie po ostatniej zmianie władzy – bo to dzielenie na swoich i obcych idzie przede wszystkim z góry. Paradoksalnie powiedziałbym, że ta zmiana wyszła ruchom nie-religijnym na dobre: takie portale jak Ateista czy Racjonalista wcześniej działały mocą zaangażowania niewielkich grup, natomiast w tej chwili powodzenie mają bardzo duże – wystarczy popatrzeć na zmiany licznika odwiedzin na Racjonaliście.

    Ta radykalizacja służy tworzeniu rozmaitych dogmatyzmów po obu stronach i niczemu dobremu nie służy.

    A co do argumentów, to ateistom też ich nie brakuje – Dawkins zebrał ostatnio wszystkie do kupy… ;)

    Hoko

    30 maj 2007 at 9:52 am

  2. PS
    Drugi akapit wyszedł mi trochę “ekstrawagancko”… ;)

    Hoko

    30 maj 2007 at 9:53 am

  3. Ja tak trochę nieposkładanie, bo czasu mało a myśli na ten temat dużo. Z góry przepraszam za mętlik.

    1) Nie wiem, może ślepy jestem na otoczenie, ale odnoszę wrażenie, że znacznie mniej jest wojujących ateistów.

    2) Ateistą jestem z wychowania i z przekonania (w tej kolejności). Nie biegam po ulicach krzycząc o inkwizycji i krucjatach. Nie jestem otwarcie antykościelny. To, co tam się dzieje, jest sprawą ludzi, którzy chodzą do kościoła.

    3) Biblię przeczytałem, wziąłem do siebie i przyjąłem jako system wartości. Koran i Tora pójdą na dalszy ogień kiedy indziej. Staram się być tolerancyjny. Do czasu.
    Nie jestem bowiem tolerancyjny kiedy ktoś mi wmawia, że jestem z natury zły, bo nie poddałem się jego obrządkowi. Wkurwia mnie to bez granic.

    4) Zakład Pascala uważam za szczyt konformizmu i obłudy. Skoro Bóg jest wszechmogący i wszechwiedzący, to czy nie będzie wiedział, że wyznaję go z rozsądku, a nie z chęci?
    Skoro mówimy, że Bóg jest dobry i sprawiedliwy, to czemu sądzimy, że człowiek, który żył dobrze i spełniał dobre uczynki (cokolwiek to może znaczyć), a jest ateistą zostanie potępiony?!

    5) Katolicyzm wojujący uważam za oksymoron. Albo jest się katolikiem, albo się wojuje. W końcu należy nadstawić drugi policzek, a nie skopać, żeby nas w pierwszy nie uderzyli.

    pmk

    30 maj 2007 at 11:22 am

  4. Ja osobiscie nie spotkalem czlowieka uznajacego sie za ateiste-stalo sie to dopiero na forach
    w wielu rzeczach sie z nimi zgadzam ale gdy sie nie zgadzam to…to oni wojuja w zatrwazajaco ostrym tonie
    spotkalem tylko jednego ateiste ktory gloszac inwektywy na Jezusa poprzez moja prosbe zmienil epitety
    zanim jeszcze spotkalem jakiegos ateiste mialem heh co paradoksalne wyidealizowany obraz ateisty jako czlowieka bardzo otwartego i sklonnego do wysluchania mojej racji
    dzis zdaje sobie sprawe ze to tak jak w KK czy np u zielonoswiatkowcow- sa tacy i tacy ;)

    napoleonid

    30 maj 2007 at 12:38 pm

  5. lol mala pomylka:
    akapity-mialo byc epitety ;)

    napoleonid

    30 maj 2007 at 12:41 pm

  6. @pmk: – Zakład Pascala nie był jego osobistym przeżyciem. On wierzył “sam z siebie”. Zakład miał służyć jedynie przekonaniu niedowiarków. Taki argument za chodzeniem do Kościoła.

    @Napoleonid – Ja z kolei ateistów znam o wiele więcej, niż wierzących. Chyba, że do wierzących zaliczymy osoby chodzące do kościoła.

    A na wojujących ateistów reaguję alergicznie. Zastanawiam się, czemu nie buntują się przeciwko gumisiom i sierotce Marysi – to też wymyślone wzorce zachowań…

    komerski

    30 maj 2007 at 2:51 pm

  7. @komerski alez ja nie powiedzialem, ze to bylo jego osobiste przekonanie, czy przezycie. To po prostu moje zdanie na temat samego w sobie Zakladu. Argument jest to o tyle bzdurny, ze uznaje, ze mozna dla Boga ot tak, na opierdol sie pochodzic do kosciola. To chyba nie o to w calej tej szopce chodzi, nie?

    pmk

    30 maj 2007 at 8:09 pm

  8. No. Pascal zakłada, że wiara to kwestia racjonalnej decyzji. To się chyba trochę ze sobą kłóci. :)
    Trudno zgadnąć jaka była jego intencja, choć jak by nie patrzeć zakład ujawnia jego stosunek do ateistów.

    @pmk(5): Wprawny teolog na podstawie Biblii jest w stanie udowodnić wszystko.

    druidh

    30 maj 2007 at 10:27 pm

  9. Kiedyś byłam katoliczką, od paru ładnych lat jestem ateistką, ale z pewnością nigdy nie wojowałam ze stroną przeciwną, tak mi się wydaje… czasem mnie poniesie:))

    W każdym bądź razie. Zastanawiam się, skąd się ta potrzeba wojowania w ludziach bierze. Rozumiem, że ateiści, jako pogardzana mniejszość, mogą bywać w nastroju buntowniczym (wiem z doświadczenia;)). Ale katolicy w Polsce? Z kim niby chce walczyć i o co ponad 90% większość? Każda opcja polityczna im się podlizuje. Garstka ateistów im nie zagraża. Władzom kościelnym wszyscy idą na rękę, traktowane są specjalnie.

    Może to jest tak (choć to spiskowa trochę teoria), że kapłani widzą jednak pewien odpływ “wiernych” z kościoła w ich indywidualne pseudochrześcijańskie wierzenia i chcą ich na powrót wokół czegoś zjednoczyć? A najlepiej ludzi jednoczy poczucie zagrożenia i jasno określony wróg. Ateista. Łatwo nastawić ludzi przeciwko innym, dowartościowując ich przez dezauwację pozostałych.

    No ale nie pierwszy i nie ostatni raz można zauważyć “pewne” różnice między nauczaniem kościoła a praktyką…
    http://wiadomosci.onet.pl/1414485,2678,1,0,1,kioskart.html

    Elenoir

    30 maj 2007 at 11:31 pm

  10. @Dru i pmk – Pamiętajcie tylko, że w czasach Pascala inny był stosunek racjonalność-wiara – ateistów nie uważano wtedy , za “szermierzy rozumu” tylko za “lekko świrniętych”, nieracjonalnych właśnie. Zdarzało się, iż umieszczano ich w zakładach zamkniętych razem ze schizofrenikami

    komerski

    31 maj 2007 at 7:57 am

  11. @Hoko: Popatrzyłem na Dawkinsa (Łysakowski bez przerwy o nim pisze), niestety jedyny ebook jaki znalazłem był po angielsku. Bardzo podoba mi się tytuł rozdziału 4: “Why there almost certainly is no God”. Zastanawia mnie czy nie można by napisać całkiem sensownej książki pod tytułem: “Why there almost certainly is God”. :)

    Dziwna sprawa, bo wychodzi mi, że jak dodam prawdopodobieństwo, że Bóg nie istnieje do prawdopodobieństwa, że Bóg istnieje to dostaję liczbę większą od 1. :D

    druidh

    31 maj 2007 at 9:42 am

  12. a teraz dla osób, które nie mają zielonego pojęcia o matematyce :) Co jest dziwnego w tym odkryciu?

    pmk

    31 maj 2007 at 10:19 am

  13. Widocznie Bóg nie uznaje zasady wyłączonego środka i prócz możliwości, że istnieje albo nieistnieje, może być jeszcze jakaś inna… a żeby w konsekwencji było 1, to prawdopodobieństwo tej trzeciej możliwości powinno być ujemne… :D

    Hoko

    31 maj 2007 at 11:14 am

  14. Czyli było nie było jest w tym jakaś tajemnica. ;)

    @pmk: 1 w rachunku prawdopodobieństwa oznacza, że istnieje 100% szans na wystąpienie danego zdarzenia. Siłą rzeczy więcej się nie da. Zdanie: X lub nie prawda, że X ma właśnie maksymalne możliwe prawdopodobieństwo wystąpienia.
    No, a z Bogiem jest jakoś tak inaczej. :)

    druidh

    31 maj 2007 at 1:33 pm

  15. Kurcze, Dru, bo tu trzeba brać pod uwagę prawdopodobieństwa zespolone! (czyli w grę wchodzi też część urojona…)

    Hoko

    31 maj 2007 at 1:42 pm

  16. A czy fakt, że Bóg jest w trzech osobach coś zmienia?

    pmk

    31 maj 2007 at 4:26 pm

  17. Zgadzam się z Tobą.
    Myślę też że należało by gruntownie zbadać czym jest ten Trzeci Element.
    Kolejny problem to to że części urojonej nie można tak po prostu dodać do części rzeczywistej.

    @Elenoir
    Z godnie z tym co mówi Biblia można zostać chrześcijaninem będąc wcześniej niewierzącym. Jednakże w drugą stronę ten mechanizm nie działa. :)

    druidh

    31 maj 2007 at 4:27 pm

  18. Druidh, działa, działa. Jest coś takiego jak apostazja:)

    pmk napisał/a:
    “A czy fakt, że Bóg jest w trzech osobach coś zmienia?”
    Co to za “fakt”?:)

    elenoir

    31 maj 2007 at 9:25 pm

  19. @Elenoir: Nie zrozumiałem, że miałaś na myśli wystąpienie z Kościoła jako organizacji.

    Może Pmka ma rację. Podzieli się prawdopodobieństwo przez trzy i wyjdzie akurat mniejsze od 1.

    druidh

    1 czerwiec 2007 at 10:13 am


Dodaj komentarz