Moc illokucyjna.

Political-fiction z Jarosławem w roli głównej.

Opublikowany w kpiny, polityka by dru' w dniu czerwiec 24th, 2007

…czyli o szczycie w Brukseli.

Rodzinny bigos.

Gdy Jarosław K. zwany czasem premierem, kończył swoją kampanię wyborczą do parlamentu wydawało mi się, że dokonał rzeczy niebywałej. Udało mu się jakimś sposobem odnaleźć (stworzyć) wspólną tożsamość dla ludzi, którzy przegrali transformację (czy to na własne życzenie, czy też bezwiednie). Gdy jeszcze opinia publiczna (razem ze mną) upajała się wielką koalicją PO-PiS Jarosław już dobrze wiedział, kto i dlaczego na niego głosował oraz co ów głosujący jest w stanie zaakceptować. Jednym słowem miał i nadal ma doskonałe rozeznanie w swoim elektoracie. Elektorat ów jest dość specyficzny i do celów Jarosława nadaje się doskonale:
1. Jest podatny na opisywaną już wcześniej filozofię walki.
2. Lubi świat prostych prawd i ustalonego porządku.
3. W dużej mierze wyznaje Polski Katolicyzm Oświecony – czyli jaskrawo zarysowane postaci z Biblii i ich wyraźnie określone role jakie odgrywają w niebiańsko-ziemskiej rzeczywistości.
4. Obce mu jest pojęcie wolności obywatelskiej.

I Jarosław daje im to czego oczekują. Daje im rewolucję moralną, daje im wrogów (beneficjentów transformacji), daje im obietnice silnej Polski oraz jako taki dobrobyt materialny.

Jednocześnie Jarosław nie zadziera z tymi, którzy naprawdę coś mogą, czyli klasą posiadającą pieniądze. Minister finansów jest ekonomistom bliski, a wrogami z układu najczęściej okazują się trafione tu i ówdzie kozły ofiarne, a nie ci, którzy na transformacji dorobili się fortuny (oczywiście nie twierdzę, że ci, którzy się dorobili muszą być od razu przestępcami).

Ta sytuacja ma dwie konsekwencje. Po pierwsze istotna większość społeczeństwa (ta bliższa społeczeństwu obywatelskiemu) nie ma swojej reprezentacji w parlamencie (ale o tym kiedy indziej). Po drugie Jarosław ma łatwy do zarządzania lud, dzięki któremu może skupić się na tym na czym najbardziej mu zależy.

Władza, władza, władza.

Jarosław chce władzy. Chce widzieć Polskę (w jego rozumieniu) dobrze zarządzaną i silną na arenie międzynarodowej. Nie chce władzy, aby w jej cieniu dokonywać szemranych interesów. Chce jej dla niej samej niczym (powierzchownie rozumiany) macchiavelliczny książe, choć może w nieco innych warunkach i na nieco innych zasadach. Chce państwa autokratycznego (bo w rozumieniu jego i wielu innych tylko taka Polska się sprawdzała) i w zasadzie je ma.

Kartofelnsalad i żabie udka ze schabowym.

Dużo trudniejsze zadanie czekało Jarosława na zewnątrz kraju. Polska z racji swej pozycji geopolitycznej powinna być jednym z głównych graczy w europejskiej polityce, lecz w wyniku biegu historii (również na własne życzenie Polaków) znaleźliśmy się ostatnio w europejskiej kuchni, gdzie jest miejsce dla małych lub biednych. Nie ma wątpliwości, że (w opinii wielu) już sama obecność w kuchni jest dla Polski sporym sukcesem. Polska po wpuszczeniu do pańskiego domu miała więc zachowywać się kulturalnie. W języku polityki europejskiej kulturalnie zachowuje się ten, kto bierze z wdzięcznością co mu łaskawie podadzą (rzucą ze stołu) i spełnia z uśmiechem na ustach to co mu polecono. Słowo to ma trzymać nisko tych, których można oskarżyć o to, że im słoma z butów wystaje, choćby i kultura i słoma były czysto hipotetyczne.

Rozgrywką o znaczeniu niebagatelnym i jednocześnie znakomitą okazją do dopchania się do europejskiego stołu (lub jak kto woli koryta) była zmiana systemu głosowania. Zmiana o tyle ważna, że zmęczone demokratycznymi przepychankami Niemcy postanowiły zmienić oblicze Unii Europejskiej. Marazm, który coraz wyraźniej rozłaził się po wszelkich unijnych instytucjach, a nasilił się jeszcze po wielkim rozszerzeniu do 25 państw pokazywał, że bez silnych rządów jednego z państw Unia za niedługo zmieni się w największą na świecie samonapędzającą się biurokrację, która dodatkowo nie będzie robić absolutnie nic. Pierwszym etapem reorganizacji miała być zmiana systemu głosowania. Przesunięcie akcentu ze względnej równowagi na przewagę czterech krajów, z naciskiem na Niemcy, to coś co miało stworzyć podwaliny Europejsko-Niemieckiego supermocarstwa. Oczywiście stworzenie Unii Europejskiej z dominującą rolą Niemiec mogło się nie podobać innym silnym państwom Europy. Czyli dokładnie komu? Zakładając, że nikt nie widzi nadziei na poprawę obecnej sytuacji poprzez utrzymywanie równowagi przy podejmowaniu wszelkich decyzji unijnych, aspirujących do roli dominanta w Europie nie było wielu. Włochy, póki co, próbują się rozprawić z problemami, których nabawiły się gdzieś w czasach renesansu. Wielka Brytania nigdy nie rozumiała problemów i spraw na kontynencie i jest w Unii Europejskiej głównie dlatego, że nie wypada, aby w niej nie była. Inny system prawny, inna waluta, inna historia, w zasadzie wszystko inne. Francja natomiast, najpoważniejszy konkurent Niemiec, w ostatnich latach zachowywała się jak szwagier gospodarza imprezy, który nie mogąc określić swojej roli na przyjęciu, zalany winem i bijący się z myślami zasnął pod jednym ze stołów. I tutaj Jarosław zwietrzył swoją szansę. Wygrana Sarkozego oznaczała, że Francja może wrócić do swoich mocarstwowych aspiracji. Niestety czas naglił, a zbliżający się szczyt, na którym Niemcy były zdecydowane przepchać korzystne dla siebie rozwiązanie (koniec ich przewodnictwa w UE) oznaczał jednocześnie koniec szans na dopchanie się do pańskiego stołu. Wtedy to Jarosław wykonał manewr tyle szalony, co genialny. Zaproponował sposób liczenia głosów idący w budowaniu równowagi pomiędzy krajami członkowskimi UE znacznie dalej niż system nicejski. Jarosław postawił Unii jasne pytanie: czy chcecie Europy Równowagi? Włochy i Anglia zamilkły z jasnym przesłaniem, że kto chce dominacji niech o nią walczy. Żelazna Angela wyciągnęła “żelazny” argument i wygarnęła, nie po raz pierwszy, polskim władzom od niewdzięcznych warchołów. Jarosław, który dopychając się do pańskiego stołu miał już w Europie tak złą prasę, że gorszej się nie dało, wzruszył ramionami i kontynuował swoją grę. Emocje sięgnęły zenitu, ale udało się coś czego Jarosław oczekiwał, Sarkozy podjął wyzwanie. Na zmianę dominacji z Niemieckiej na Francusko-Polską nie było żadnej nadziei. Z resztą w to, że taka dominacja cokolwiek da nie wierzyli nawet świeżo upieczeni przyjaciele Sarkozy i Jarosław. Sensownym rozwiązaniem było uzyskanie możliwości przeciwwagi dla Niemiec w postaci Francusko-Polskiego weta oraz pękaty budżet Unii na najbliższe lata. Po dekadzie Jarosław miał (i ma) nadzieję, że polska gospodarka na tyle stanie na nogi, iż bardziej będzie zainteresowany ograniczaniem budżetu, aby nie dopłacać do biedaków UE. Sarkozy przystał na te warunki w zamian za możliwość odniesienia na szczycie spektakularnego sukcesu. Jarosław uśmiechnął się pierwszy raz od czasu jak jego brat został prezydentem.

Szczytowanie.

Sam szczyt to zastosowanie w praktyce pierwszego lepszego podręcznika z negocjacji. Pierwszy manewr to wysłanie przez Jarosława na negocjacje swojego drugiego ja, co było jasną oznaką, że żadnych poważnych rozmów nie będzie. Merkel dwoiła się i troiła, a w najtrudniejszych momentach Lech tylko szeptem powtarzał: Masz rację, masz rację, ale ON nie chce się na to zgodzić. Jak wiadomo z nieobecnym negocjuje się najtrudniej. Angela z pewnością przejrzała tą prostą grę, ale była w zasadzie bezsilna. Czas na rozmowy się kończył, a Lech bezradnie rozkładał swoje dyplomatyczne ręce. W pewnym momencie Angela sięgnęła po ostateczne argumenty. Zwołanie szczytu bez Polski i sianie zamętu w prasie dały jasno do zrozumienia, że ci przy pańskim stole i ci w kuchni nie różnią się wiele w manierach, gdy idzie o sprawę zasadniczą. O władzę. Angela musiała tym razem wyrazić zgodę na pewien jej podział i chwilę potem Sarkozy obwieszczał swój wielki tryumf negocjacyjny.

Na koniec Jarosław dorzucił do umowy drobną poprawkę, o której wspominał już wcześniej, a która daje się łatwo przetłumaczyć na język potoczny: Żadnych pedałów na polskich ulicach, żadnych eutanazji w polskich szpitalach. Rewolucja moralna dla mas będzie trwać przy milczącej zgodzie Unii.

Jeśli, ktoś ma ochotę dla równowagi przeczytać komentarz znacznie poważniejszy i z innego punktu widzenia, zapraszam do Azraela.

Spis treści.

Proszę się nie śmiać! Ja jestem z kabaretu!

Opublikowany w refleksje, społeczeństwo by dru' w dniu czerwiec 17th, 2007
sol

Opolski Kabareton 2007, którego nie miałem nieprzyjemności oglądać zebrał wśród internautów opinie jednoznaczne. Nawet panu Wolskiemu, który wstydzi się do tego przyznać, będzie się on pewnie kojarzył głównie ze słowem „żenada”. Nic więc dziwnego, że był to główny temat dzisiejszego rodzinnego (i pysznego) obiadu*. „Lizanie tyłka władzy”, „Rosiewicz to kompromitacja sama w sobie” i „powrót PRL” to wszystko niezaprzeczalna prawda. Jedna rzecz mi jednak spokoju nie daje.

Przyczyną, dla której nie pojawiły się na scenie najlepsze, w opinii wielu, polskie kabarety mamy upatrywać w wymaganiach dyrekcji Kabaretonu, która to zażyczyła sobie, aby nie śmiać się ze Słońca Tatr i jego jedynie słusznej partii. Na to owe najlepsze polskie kabarety zbiorowo się obraziły, bo kto to widział, żeby w demokratycznym kraju dopuszczać się cenzury. By całą sprawę uczynić jeszcze straszniejszą, pierwsza dama polskiego kabaretu Olga Lipińska uzmysławia nam, że obecna cenzura jest jeszcze gorsza niż ta z PRL, bo jest to autocenzura podszyta strachem. Marcin Wolski (ojciec dyrektor kabaretonu) jawić się ma nam więc jako pogromca artystycznej swobody, kajdanki Wielkiego Wodza i jednocześnie osobnik drżący ze strachu przed swoim mocodawcą („podszyta strachem”!). Osobiście odbieram go raczej jako człowieka, który dobrze wie na co się pisze, a swoją robotę wykonuje bez entuzjazmu, aczkolwiek zgodnie z oczekiwaniem pracodawcy.

Wracając jednak do meritum – czyli skrzywdzonych kabaretów. Wątpliwości ogarnęły mnie, gdy zacząłem się zastanawiać, czy kabareciarz może się obrazić, w dodatku obrazić na rzeczywistość. W końcu on z ośmieszania tej obrażającej go rzeczywistości żyje. Tkwiłem w swych wątpliwościach do czasu, gdy na jednym z blogów przeczytałem jak to Marcin Daniec na benefisie Jana Pietrzaka, który zgromadził całą serwatkę towarzyską IV RP wyciął organizatorom numer i ponaigrywał się z wydętej do granic wytrzymałości dumy założycieli nieistniejącego państwa. Pietrzak podobnież zbladł jak ściana, a publiczność zamarła w przerażeniu. Brakowało tylko funkcjonariusza w czarnym prochowcu i z kajdankami, ale i tak było wystarczająco zabawnie.

I tak sobie myślę, o tych najlepszych polskich kabaretach, czy nie jest to kompromitacja na miarę dorobku Marcina Wolskiego, nie mówienie niczego i odmawianie uczestnictwa w spektaklu tylko dlatego, że czegoś tam się zakazuje. Prawdziwa sztuka kabaretowa, czego dowodem jest niesłabnący urok kabaretów działających w PRL, to powiedzieć coś czego nie wolno, pomimo tego, że nie wolno, w taki sposób, aby nikt nie mógł się przyczepić. Co więcej myślę, że zjawienie się na Kabaretonie i odegranie skeczu, dzięki któremu złamał by się Ziobro, a Gosiewskiemu pociąg by stanął, to byłaby dopiero sztuka, o której opowiadałbym moim wnukom, żyjącym w (jak podejrzewam) VII czy VIII Rzeczpospolitej. A tak mamy milczące „najlepsze” polskie kabarety i zadowolonego Wolskiego, któremu wszystko udało się tak, jak tego oczekiwał.

A może to jest właśnie ta osławiona autocenzura kabareciarzy.

* wyraźnie i niedwuznacznie podlizuję się żonie

Spis treści.

Posłanka Sobecka liberalizuje poglądy.

Opublikowany w analizy tekstu, dziwne by dru' w dniu czerwiec 5th, 2007

gazeta.jpg

Posłanka Sobecka znana ze swoich konserwatywnych poglądów oraz bliskiego związku z Radiem Maryja ostatnio zdaje się łagodzić swoje ultrakatolickie stanowisko.

W ostatnim wywiadzie udzielonym „Dziennikowi” posłanka zaprzeczyła uwłaczającym, jak twierdzi, pomówieniom rozpowszechnianym przez lewicowe środowiska feministyczne o ograniczaniu praw kobiet w Polsce. Nie zgodziła się również, aby jakość polskiej demokracji mierzyć tym, jak w kraju dba się o homoseksualistów. Podkreślała natomiast konieczność troski państwa o rodzinę oraz jego rolę w walce z zabijaniem niewinnych dzieci.

Wśród wypowiedzi związanych z ludzkim powołaniem do życia w rodzinie oraz życiem seksualnym, posłanka powiedziała: „Seks powinien dotyczyć małżeństw.” Można to uznać za pewną liberalizację stanowiska Sobańskiej w sprawach związanych z rodziną. Posłanka dopuszcza w pewnych sytuacjach możliwość seksu pozamałżeńskiego. Ważne jest, aby między partnerami istniała miłość.

Czas pokaże, czy ta zmiana w poglądach posłanki będzie trwała.

Spis treści.