Ulżę sobie…
I stało się. Ten człowiek samo zło; ten kryjący się pod blond czupryną potomek aryjskich ciemiężycieli; ten wysłannik szatana, który pod równo skrojonymi przez najlepszych piekielnych krawców spodniami od garnituru ukrywa czarcie kopyto; ten wilk w owczej skórze, który dopiero dwa lata temu wziął ślub kościelny, a słuchacze Radia Prawda widzieli go w kościele jak się nierówno przeżegnał; ten dwulicowiec, który w chwili swego wspomaganego mocami nieczystymi tryumfu śmiał coś mówić o miłości; ten oszust, który upadł tak nisko, że dziękował za głosowanie nawet tym, którzy na niego nie głosowali; ten człowiek… nie człowiek… liberał przejął władzę w naszej umiłowanej katolickiej ojczyźnie.
Pijani sobą.
Gdy Władysław Bartoszewski zbierał oklaski za błyskotliwy wykład będący kontynuacją jego refleksji na temat dyplomatołków, śmiałem się razem z salą. Gdy Tomasz Lis wspominał o wpadających z przyjacielską wizytą panach z ABW do TVN, byłem wystraszony. Gdy chwilę później dowiedziałem się, że działaczy z młodzieżówek PO i LPR wzywa się na przesłuchania w okresie kampanii wyborczej w jakiejś dziwnej sprawie, wrażenie, że ktoś tu zaczyna niebezpiecznie przesadzać, pogłębiło się.
Jeden akapit.
Ostatnio poszukując materiałów do badań zagłębiłem się w brytyjskie dokumenty prawne dotyczące polityki edukacyjnej. W jednym z nich natrafiłem na krótki akapit, który od samego początku wydał mi się interesujący, a im bardziej go czytam tym bardziej jestem zdumiony anglosaskim oglądem świata i jednocześnie tracę nadzieję, iż coś takiego powstanie kiedykolwiek w Polsce.


