Archiwum dla maj 2009
Gry niewolników.
Teoria wychowania, oraz psychologia mówią o różnorodności ludzkich potrzeb, charakterów, sposobów reakcji na otaczającą rzeczywistość postulując w konsekwencji konieczność indywidualnego traktowania każdego człowieka w zakresie wychowania, czy psychoterapii. Z tak rozumianą wyjątkowością, spośród tysięcy polskich uczniów, zapoznać się może jednak nieprzeciętna garstka. Zwykle są to wyjątkowi odmieńcy (od amoralnych chuliganów po zdumiewających geniuszy), o których ktoś (indywidualnie) postanowił się zatroszczyć. Cała reszta samodzielnie mierzyć się musi z absurdami codzienności.
System edukacji, korzystając z nieświadomej pomocy rodziny, ignorując kwestie wychowawcze i koncentrując się na opowiadaniu o wiedzy zgromadzonej w encyklopediach powoduje mimowolne kształcenie niewolników systemu – ludzi, którzy marnują swój potencjał czekając na lepszą przyszłość i marząc o wolności. Ci ludzie, uwolnieni, kompletnie głupieją, bo spotykają świat, na który nikt ich nie przygotowywał i którego istnienia nawet nie podejrzewali.
Mechanizm tworzenia niewolników zdaje się być prosty i żeby go uruchomić, wystarczy tylko młodego człowieka, z pewną ilością tak zwanego oleju w głowie i rodziców wierzących w naszą rodzimą edukację. Potem już samo leci.
Podstawowym samodzielnym spostrzeżeniem młodych ludzi jest to, że nauczanie (w szkole) jest najprawdopodobniej bezużyteczne. Przesłanek do wniosku dostarcza obserwacja, że sprawnie funkcjonujący w społeczeństwie tata lub mama znakomicie radzą sobie bez wymienienia jednym tchem wszystkich kości dłoni, miejsc uprawy ryżu w Azji Środkowo-Wschodniej oraz pamiętania co powiedział Kmicic na stronie 153 trzeciej księgi potopu (jeśli cokolwiek powiedział, bo pytanie może być podchwytliwe). Kolejne obserwacje prowadzą do przekonania, że poradzi sobie w życiu nie ten co słucha poleceń (teoretycznie) mądrzejszych od siebie, ale ten co umie tak kombinować, aby w ostatecznym rozrachunku wyszło na jego. Wiedza naprawdę przydatna w szkole to ta, jak znaleźć prawidłową odpowiedź wśród czterech możliwych na teście, jaką metodą odpytywania posługuje się nauczyciel i jak wycisnąć ze streszczenia wiedzę konieczną do zaliczenia sprawdzianu.
Opuszczając codziennie szkolne mury młody człowiek bogaty w przekonanie o bezsensowności własnej uczciwej pracy szkolnej stacza bój z rodzicami, którzy mając blade pojęcie na temat funkcjonowania szkoły wierzą, iż potrafi ona czegoś o życiu nauczyć i co gorsza, że owa nauka ma cokolwiek wspólnego z wystawianymi ocenami. Nasz młodzieniec jest w kleszczach systemu. Albo zgodzi się na realizowanie wymagań szkoły, których sensowność podważa, albo musi walczyć z całym otaczającym go światem dorosłych co samo w sobie dość szybko okazuje się tragicznie głupie. Pojawia się bierne (bez zgody) posłuszeństwo wobec otoczenia oraz ucieczka w swój własny świat.
Ów “własny świat” jako miejsce rozwoju indywidualności, rządzi się specyficznymi prawami. Po pierwsze nie ma w nim zwykle miejsca dla dorosłych i towarzyszy mu aksjologiczna próżnia gotowa do dowolnego zagospodarowania. Po drugie jest to świat drugiego obiegu, który w codzienności społecznej znajduje się zawsze na uboczu. Klub szachowy po szkole, książki Davida Lodge’a, władanie królestwem komputerowym i co tam jeszcze się zdarzy. Dostajemy więc przestrzeń własną , obojętną dla społeczności , do dowolnego zagospodarowania. Ten świat jednak staje się jednak glebą dla rozwoju filozofii życiowej na lata następne. Filozofii w wielu pojedynczych przypadkach niezwykle podobnej do siebie.
Ta wspólna filozofia to rozległa koncentracja na swoich potrzebach, wedle własnego najlepszego rozeznania. Wszystko jest “moje”, bo to “mój” świat, a jako ostateczne uzasadnienie wystarczy najczęściej “bo ja tak chcę”. Zdarza się uczniowi zeznawać, dlaczego nie jest przygotowanym do zajęć i żadne wytłumaczenie nie jest wystarczające. Ale rzadko kto go pyta dlaczego chodzi na kółko szachowe i najczęściej w zupełności zadowoli się wypowiedziami w stylu: “bo to lubię”, “bo tam czuję się dobrze”, “bo tam są fajni ludzie”. “Mój” świat jest traktowany przez innych w kategoriach relaksu i podnosi się na niego rękę, tylko, gdy pojawiają się “prawdziwe” problemy – czyli problemy szkolne. Ich istnienie to sprawa mocno indywidualna, co stanowi znakomite zarzewie codziennych konfliktów rodzice – nasz młodzieniec. Wypowiedzcie przed inteligentnym nastolatkiem zdanie: “Rodzice chcą dobrze, ale zupełnie nie rozumieją o w tym wszystkim chodzi”, a usłyszycie gorliwe potakiwanie.
Interesujące, że ta filozofia “mojego” świata, zawsze odgrywa istotną rolę przy wyborze kierunku studiów. Jest pewną opcją, obok której pojawiają się rady otoczenia sugerujące by wybierać to co da konkretny zawód, albo to po czym łatwiej będzie znaleźć pracę. Same studia jawią się jako pierwszy etap wolności i (wreszcie) możliwości realizowania siebie. Problem w tym, że nasz uczeń, póki co żyje marzeniami o wolności, kształcąc się przykładnie na posłusznego niewolnika. To co zobaczy za progiem będzie czymś innym niż świat z marzeń.
Porządne bycie wolnym wymaga intelektualnego zaplecza, z czym jeszcze młodzieniec sobie jakoś poradzi. Wymaga jednak całego zestawu cech, co do o których młodzieniec zaledwie wyobrażał sobie, że je ma. Siła woli czy to w formie samokontroli, czy realizowania celów, zorganizowanie, pewność siebie, odwaga to cechy charakteru, które w poprzednim życiu potrzebne były sporadycznie, a ich brak był źródłem drobnych niedogodności życiowych. Zamiast tego jest strach, obawa, niepewność siebie oraz wymagania, którym niezwykle trudno będzie sprostać…
Powodzenia po maturze!
Wolność i parówki.
Obserwując otaczającą rzeczywistość spostrzegamy czasem, iż zjawisko, które przyszło nam oglądać, nosi znamiona przypadku “typowego”. Jest to zdarzenie, które idealnie oddaje pewien sposób działania, czy myślenia i który w przyszłości może stać się podstawą do przeprowadzenia bardziej złożonych analiz lub sformułowania teorii. Ważne jest więc, aby taki przypadek szczegółowo opisać, polecając go swojej i cudzej pamięci.
Tło:
Nie od dziś wiadomo, że przeciętne stanowisko niehabilitowanego pracownika naukowego to oferta idealnie łącząca w sobie głodową pensję, brak społecznego szacunku i syzyfową pracę. Dzieje się tak z trzech powodów.
System, który służy do zarządzania uczelniami wyższymi jest czymś, co nazwał bym biurokracją “konkurencyjną”. Uczestnicy nieruchawego molocha ścigają się po kasę, przedstawiając dokumenty mające udowadniać setki różnych rzeczy, z których pewnie co dziesiąty ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Publikacja to, na przykład, coś co ma kilkanaście stron tekstu i zostało wydane. Co do treści, to biurokracja nie zna metod ich oceny, więc z właściwą sobie gracją ignoruje takie “pierdoły”.
Po drugie ludzie, którzy zarządzają owymi instytucjami nie mają (nie chcą mieć) bladego pojęcia jak biurokracja funkcjonuje. Myślą, że napisanie polecenia służbowego, w tej czy innej formie, sprawia, że rzeczy zaczynają się dziać zgodnie z intencją autora. Jednocześnie sami pewnie czytają setki takich rozporządzeń i podejmują działania kompletnie z intencjami autora niezgodne.
Po trzecie ci sami ludzie zarządzają nie z myślą: “jak osiągnąć (realizować) cel organizacji?” ale “jak dostać największą kasę?”. Nie jest to może niczym zaskakującym, ale w konsekwencji powoduje, iż ci, którzy mają za zadanie bezpośrednio realizować cele organizacji (szczebel najniższy), najczęściej znaczą niewiele więcej niż ścierka do podłogi. Biurokracja bawi się sama z sobą.
Cel:
Jakiś czas temu specjaliści różnych środowisk, w tym edukacyjnych, doszli do słusznego jak myślę wniosku, iż studiowanie powinno być związane z rozległą aktywnością studenta, który to w procesie nauczania powinien sam konstruować swoje wykształcenie poprzez dobór interesujących go przedmiotów. Ma to oczywiście zalety i wady. Jedna z zalet jest nie do przecenienia. Zmusza studenta do myślenia o tym, czego chce się nauczyć. Polska edukacja przyklasnęła temu rozwiązaniu (najpewniej zmuszona przez Unię Europejską) i zabrała się za realizację idei w praktyce.
Realizacja:
Po trafieniu takiej idei na uczelnię dokonał się następujący proces asymilacji. Na poszczególnych poziomach organizacyjnych kolejne jednostki ograniczały zasięg wyboru. Wydziały uznały, że wybór jest możliwy, ale wewnątrz wydziału, instytuty, że wewnątrz instytutów, a katedry, że wewnątrz katedr. Do tego doszło oczywiste wymaganie habilitowanych, aby wybór był, ale nie dotyczył ich przedmiotów. “Zupełnie” przypadkiem dokument regulujący wybór studenta mówi jedynie o 30% zajęć, które powinny być do wyboru w toku studiów.
W ostatecznej więc wersji, na poziomie regulacji biurokratycznej, studenci mogą wybierać, ale tylko w przypadku przedmiotów specjalnościowych (w obrębie katedry) prowadzonych zwykle przez magistrów i doktorów.
Uznano więc, aby jakoś ideę w życie wprowadzić, że każdy wykładowca prowadzący przedmiot specjalizacyjny, musi przygotować program prowadzenia drugiego (dodatkowego) przedmiotu, z jego celem, tematyką i treścią, a następnie przedstawić je studentom do wyboru.
Ów prowadzący, tu dochodzimy właśnie do poziomu ścierki do podłogi, któremu mniej więcej co kilka lat, bez większego składu i ładu, wymieniają się wszystkie przedmioty, został postawiony pod ścianą. Musi on wykonać pracę polegającą na dokształceniu się w jakiejś dodatkowej dziedzinie, sformułowaniu celów przedmiotu, przygotowaniu materiałów i projektów ćwiczeń, przeglądnięciu literatury oraz określeniu warunków współpracy i zaliczenia. Uczciwie licząc dwa lata na przygotowania i trzy lata na dopracowywanie w trakcie realizacji. Teraz musi to przemnożyć razy trzy, bo ma trzy przedmioty. Wszystko to ma wykonać w ciągu jednego roku, nie licząc na żadne dodatkowe pieniądze oraz zmianę aktualnie posiadanych obowiązków. Ponad to musi wskrzesić w sobie niezwykle silną automotywację, ponieważ nikt nigdy nie zwróci uwagi na to, czy pracę tą wykonuje, czy nie. Całe te wstępne sześć lat pracy, skomasowane do jednego roku, musi wykonać licząc się z tym, że istnieje 50% szans, że ów przedmiot zostanie wybrany, a także jest prawie pewne, że w ciągu pięciu lat zniknie on z siatki godzin, albo zostanie przekazany komuś innemu. Poświęca więc życie rodzinne i sen, aby dobrze wykonać obowiązki. Jeśli przeżyje i wykona pracę zgodnie z oczekiwaniem, nikt mu nawet nie powie “dziękuję” (choć o kilkanaście złotych wzrośnie dodatek za staż pracy).
Może też zaproponować do siatki zajęć, jako dodatkowy, przedmiot o innej nazwie niż ten, który już prowadzi, ale o dokładnie takiej samej treści. Może tak zrobić, bo treść, jak wiemy, nie jest dla biurokracji istotna. Cóż więc zrobi, jeśli nie jest mitycznym półbogiem mającym zdolność zaginania biegu czasu?
Efekty:
Idea “wolnego wyboru studenta” została więc sprowadzona na najniższy poziom i idealnie rozmyta. Nie zostało z niej absolutnie nic. Widać tu perfekcję funkcjonowania biurokracji, o której niektórzy śmieli twierdzić, że doskonała nie jest. Nawet parówki z hipermarketu po procesie produkcji i wzbogacania substancjami dodatkowymi posiadają w sobie ostatecznie jakieś mięso. Tymczasem zewnętrzna idea wprowadzona do biurokracji staje się doskonałym wrakiem po brzegi wypełnionym papką procedur.
Niby człowiek ma wrażenie że stoi w obliczu pewnej tragedii, nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to tragedia doskonała.
aczy


