Moc illokucyjna.

Nazywanie emocji.

Opublikowany w refleksje by dru' w dniu czerwiec 25th, 2008

Eve

We wczesnym okresie rozwoju dziecka pojawia się moment, w którym zaczyna ono kontrolować przejawianie emocji oraz uczy się nazywać przedmioty i zjawiska z otaczającego świata. Z pewnych powodów otaczający go ludzie mają tendencję do charakteryzowania jego emocji angażując do tego jedynie swoje własne rozeznanie moralne. Skutki tego są trojakiego rodzaju i trudno uznać by którykolwiek z nich był pozytywny.

Po pierwsze dziecko nie uczy się w żaden sposób świata emocji. Zamiast: zdenerwowany, zadowolony, radosny, smutny, wystraszony, znudzony słyszy jedynie dwa słowa: grzeczny lub niegrzeczny. Tym samym nie jest w stanie samemu nazywać swoich stanów emocjonalnych, ucząc się jedynie oceniać siebie w kategoriach sobie zewnętrznych, w których dodatkowo ma słabe rozeznanie.

Po drugie może popadać w dezorientację. Moralność w tym okresie jest dla niego czymś jednorodnym, z góry określonym. Tymczasem różni ludzie mają różną ocenę konkretnych zachowań i to co u jednego jest uznane za zachowanie właściwe lub możliwe do tolerowania dla innych może być już zachowaniem niewłaściwym.

Po trzecie taki sposób patrzenia na rzeczywistość wprowadza zamieszanie odnośnie uzasadnienia. Nie podaje uzasadnienia dla emocji: Kubuś jest zdenerwowany, ponieważ mama nie chce kupić mu jajka niespodzianki. W zamian za to dziecko słyszy zupełnie inny rodzaj uzasadnienia: Kubuś jest niegrzeczny, bo nie słucha mamy. Zdanie drugie jest prawdziwe, ale jaka jest jego wartość wychowawcza? Właściwszym wydaje się opisanie emocji, pokazanie skąd się wzięły, a następnie opisanie swoich emocji i uzasadnienia ich oraz swojego postępowania: „Widzę, że jesteś zdenerwowany, bo nie chcę Ci kupić jajka niespodzianki. Ale już jedną zabawkę dzisiaj dostałeś. Denerwujesz mnie i utrudniasz robienie zakupów, jeśli nie przestaniesz wyjdziemy ze sklepu.” Nawet jeśli w tym konkretnym przypadku efekt będzie żaden, to i tak przekazywana wiedza jest wartościowa i może zaowocować w przyszłości.

Nie jest to sprawa prosta, wręcz trudno oczekiwać od wychowawcy, że w chwili zdenerwowania będzie precyzyjnie konstruował kilkuczłonowy komunikat. No ale kto powiedział, że wychowanie ma być łatwe…

Spis treści.

Na bioenergetyczną miłość boską… (komentarz)

Opublikowany w refleksje by dru' w dniu maj 28th, 2008

Poniższy tekst to komentarz do świetliście przenikliwego posta pod energetycznie brzmiącym tytułem:
Kim jestem? Początek życia,
Uprzedzam, sam tekst posta (autorstwa Pawła Godlewskiego - pewnie jakiegoś czakra-guru) boli (aurycznie).
Wszelkie uwagi i poprawki proszę umieszczać w komentarzach.

(więcej…)

Być jak urzędas.

Opublikowany w refleksje by dru' w dniu maj 15th, 2008

Gdy sekretarka zapytała czy mam ochotę uczestniczyć ze strony uczelni jako obserwator matur zgodziłem się z radością okraszoną sentymentem. Wypełniłem druczek gdzie wpisałem moje stare liceum oraz matematykę jako przedmiot i pozostało mi oczekiwanie na potwierdzenie z OKE.

(więcej…)

Otagowano z:,

Scyzoryk vs Gilotynka do cygar.

Opublikowany w refleksje by dru' w dniu maj 1st, 2008

To co ostatnio chodzi mi po głowie jako temat posta nie jest ani odkrywcze, ani szczególnie intrygujące. Zagadnienie, należy do kategorii tematów “było dobrze, jest źle, będzie gorzej”, co skazuje je od razu na cybernetyczny niebyt. Co gorsza jedyna sensowna puenta prezentuje się nie lepiej niż podsumowanie niedzielnego kazania. Problem jednak w tym, że temat powraca do mnie z równą łatwością co melodia z bezlitośnie wygrywanych radiowych hitów. Za nic ma też wielokrotne próby wciśnięcia go w najgłębsze zakamarki pamięci. Czerpiąc więc z chrześcijańskich korzeni, niczym biblijny sędzia zanudzany przez równie biblijną wdowę sięgam ostatecznie po klawiaturę, aby mieć to wreszcie za sobą… (w zasadzie to sięgnąłem po nią już kilka zdań temu)

(więcej…)

Wykluczający się stwórcy świata.

Opublikowany w mitologia współczesna, refleksje by dru' w dniu luty 12th, 2008

Z napisaniem tego wpisu nosiłem się co najmniej rok, ale brakowało albo danych, albo przekonania, że komukolwiek się to przyda, albo czasu i chęci. Ostateczna decyzja o przelaniu przemyśleń i przekonań na papier zapadła tydzień temu, gdy przeczytałem na blogu „Niedowiary” pytanie (parafrazuję): „Dlaczego Kościół nie chce zaakceptować ewolucji?” W samym tekście odpowiedzi nie znalazłem, a do czytania komentarzy, których jest więcej niż 20, nigdy nie mam cierpliwości. Było nie było, jeśli osoby o tak szerokich horyzontach i wiedzy zadają takie pytania, to z pewnością nie będzie wielkim nadużyciem, jeśli udzielę na nie odpowiedzi. Nawet żyjąc w przekonaniu, iż ktoś tą pracę już pewnie wcześniej wykonał.

(więcej…)

Teolog niepokorny.

Opublikowany w refleksje by dru' w dniu styczeń 28th, 2008

Chyba bez echa przebiegła przez media wiadomość o tym, że Tomasz Węcławski zdecydował się opuścić Kościół Katolicki. Nikt publicznie nie wyrywał włosów z głowy, nie załamywał rąk ani, co jest niemal nagminne w zdarzeniach o znacznie mniejszej randze, nie odsądzał Węcławskiego od czci i wiary. A sprawa jest poważna. Węcławski nie był biernym uczestnikiem niedzielnych nabożeństw, trwającym w półśnie na każdym kazaniu. Nie był również katolikiem choinkowo-jajecznym. Był i jest znanym teologiem, o którego otarł się chyba każdy, kto choć marginalnie interesował się nauką o Bogu. Jego odejście od kościoła można natomiast zakwalifikować do zdarzeń o znacznie większej randze niż idiotyczne wypowiedzi pani Senyszyn, problem religii na świadectwie czy dyskusje na temat majątku księdza Rydzyka.

(więcej…)

Pijani sobą.

Opublikowany w polityka, refleksje, społeczeństwo by dru' w dniu październik 13th, 2007

Gdy Władysław Bartoszewski zbierał oklaski za błyskotliwy wykład będący kontynuacją jego refleksji na temat dyplomatołków, śmiałem się razem z salą. Gdy Tomasz Lis wspominał o wpadających z przyjacielską wizytą panach z ABW do TVN, byłem wystraszony. Gdy chwilę później dowiedziałem się, że działaczy z młodzieżówek PO i LPR wzywa się na przesłuchania w okresie kampanii wyborczej w jakiejś dziwnej sprawie, wrażenie, że ktoś tu zaczyna niebezpiecznie przesadzać, pogłębiło się.

(więcej…)

Budując cudzy raj…

Opublikowany w refleksje, społeczeństwo by dru' w dniu wrzesień 23rd, 2007

Lądujesz z jednym plecakiem i bagażem podręcznym gdzieś w centrum Dublina. Kumpel przechowuje cię na kilka nocy, a ty intensywnie rozglądasz się za pracą i łóżkiem do spania. Na początku jest ciężko. Złotówki znikają błyskawicznie, a przeliczanie irlandzkich cen może tylko przyprawić o zawał serca. Już zaczynasz myśleć o powrocie… i nagle jest! Na budowie, w restauracji, pubie czy sklepie znajduje się dla ciebie miejsce pracy.

(więcej…)

Harry Potter i dumni mugole.

Opublikowany w edukacja, refleksje, społeczeństwo by dru' w dniu sierpień 28th, 2007

Harry Potter ostatecznie się zakończył. Nareszcie “ci-którzy-go-nieczytali-ale-wszystko-wiedzą” mogliby odetchnąć z ulgą. Mogliby ale ponieważ ich wiedza o książce nie wykracza poza wyrwane z kontekstu zdania, będą żyć w obawie, że pojawi się jeszcze kolejna (lub kilka kolejnych) część przygód małego okultysty. Ostatecznie idea kontynuowania już zdecydowanie zakończonych historii w świecie “Rambo 4″ nie jest nieprawdopodobna.

(więcej…)

Ktoś tu jest jak idiota.

Opublikowany w refleksje, społeczeństwo by dru' w dniu sierpień 20th, 2007

Sporo czasu w swoim życiu spędziłem na zastanawianiu się, co to znaczy być dobrym patriotą. Wprawdzie każdorazowe otworzenie gazety czy włączenie telewizora budzi we mnie przekonanie, że chyba jednak urodziłem się nie w tym kraju co trzeba, niemniej staram się szanować mój naród, który w różnych momentach dziejowych zdobywał się na wyczyny, o których inni mogą co najwyżej pomarzyć. Szukam w historii tych chwil, z których możemy być dumni jako Polacy (a choćby taka bitwa pod Koronowem), jak i takich, których jednoznacznie powinniśmy się wstydzić. Docieranie do prawdy o własnym kraju (w czym, przyznać trzeba, nauka historii w szkołach skutecznie przeszkadza) jest dla mnie jedną z dróg do lepszego zrozumienia innych narodów, którym również nie było łatwo. Nie tylko dlatego, że ktoś (my?) ich napadał, ale i dlatego, że mieli swoich własnych głupich władców i polityków, z którymi musieli sobie dawać radę. I choć wiem, że ci, o których teraz mówimy “Polacy” nie koniecznie musieli się czuć Polakami to bardziej jestem dumny z Kopernika niż z Keplera, ze Słowackiego niż z Byrona i z Jana Pawła II (o jak ja chciałbym coś o nim w miarę obiektywnego przeczytać) niż z kolejnego Piusa.

(więcej…)

Proszę się nie śmiać! Ja jestem z kabaretu!

Opublikowany w refleksje, społeczeństwo by dru' w dniu czerwiec 17th, 2007
sol

Opolski Kabareton 2007, którego nie miałem nieprzyjemności oglądać zebrał wśród internautów opinie jednoznaczne. Nawet panu Wolskiemu, który wstydzi się do tego przyznać, będzie się on pewnie kojarzył głównie ze słowem „żenada”. Nic więc dziwnego, że był to główny temat dzisiejszego rodzinnego (i pysznego) obiadu*. „Lizanie tyłka władzy”, „Rosiewicz to kompromitacja sama w sobie” i „powrót PRL” to wszystko niezaprzeczalna prawda. Jedna rzecz mi jednak spokoju nie daje.

Przyczyną, dla której nie pojawiły się na scenie najlepsze, w opinii wielu, polskie kabarety mamy upatrywać w wymaganiach dyrekcji Kabaretonu, która to zażyczyła sobie, aby nie śmiać się ze Słońca Tatr i jego jedynie słusznej partii. Na to owe najlepsze polskie kabarety zbiorowo się obraziły, bo kto to widział, żeby w demokratycznym kraju dopuszczać się cenzury. By całą sprawę uczynić jeszcze straszniejszą, pierwsza dama polskiego kabaretu Olga Lipińska uzmysławia nam, że obecna cenzura jest jeszcze gorsza niż ta z PRL, bo jest to autocenzura podszyta strachem. Marcin Wolski (ojciec dyrektor kabaretonu) jawić się ma nam więc jako pogromca artystycznej swobody, kajdanki Wielkiego Wodza i jednocześnie osobnik drżący ze strachu przed swoim mocodawcą („podszyta strachem”!). Osobiście odbieram go raczej jako człowieka, który dobrze wie na co się pisze, a swoją robotę wykonuje bez entuzjazmu, aczkolwiek zgodnie z oczekiwaniem pracodawcy.

Wracając jednak do meritum – czyli skrzywdzonych kabaretów. Wątpliwości ogarnęły mnie, gdy zacząłem się zastanawiać, czy kabareciarz może się obrazić, w dodatku obrazić na rzeczywistość. W końcu on z ośmieszania tej obrażającej go rzeczywistości żyje. Tkwiłem w swych wątpliwościach do czasu, gdy na jednym z blogów przeczytałem jak to Marcin Daniec na benefisie Jana Pietrzaka, który zgromadził całą serwatkę towarzyską IV RP wyciął organizatorom numer i ponaigrywał się z wydętej do granic wytrzymałości dumy założycieli nieistniejącego państwa. Pietrzak podobnież zbladł jak ściana, a publiczność zamarła w przerażeniu. Brakowało tylko funkcjonariusza w czarnym prochowcu i z kajdankami, ale i tak było wystarczająco zabawnie.

I tak sobie myślę, o tych najlepszych polskich kabaretach, czy nie jest to kompromitacja na miarę dorobku Marcina Wolskiego, nie mówienie niczego i odmawianie uczestnictwa w spektaklu tylko dlatego, że czegoś tam się zakazuje. Prawdziwa sztuka kabaretowa, czego dowodem jest niesłabnący urok kabaretów działających w PRL, to powiedzieć coś czego nie wolno, pomimo tego, że nie wolno, w taki sposób, aby nikt nie mógł się przyczepić. Co więcej myślę, że zjawienie się na Kabaretonie i odegranie skeczu, dzięki któremu złamał by się Ziobro, a Gosiewskiemu pociąg by stanął, to byłaby dopiero sztuka, o której opowiadałbym moim wnukom, żyjącym w (jak podejrzewam) VII czy VIII Rzeczpospolitej. A tak mamy milczące „najlepsze” polskie kabarety i zadowolonego Wolskiego, któremu wszystko udało się tak, jak tego oczekiwał.

A może to jest właśnie ta osławiona autocenzura kabareciarzy.

* wyraźnie i niedwuznacznie podlizuję się żonie

Spis treści.

Katolicyzm walczący.

Opublikowany w refleksje by dru' w dniu maj 30th, 2007

leftlekroć przeglądam strony i fora internetowe dochodzę do wniosku, iż w naszym kraju toczy się krwiożercza walka katolicyzmu (polskiego) z ateizmem. Gdybym nie spotykał się codziennie z ludźmi w pozasieciowej rzeczywistości, nabrał bym szybko przekonania, że wspomniana walka toczy się również z wykorzystaniem środków konwencjonalnych. Zadziwiający jest fakt, że oby dwie grupy – wojujący katolicy i wojujący ateiści – czują się zaszczutą mniejszością. Ateistów (wojujących) łatwiej zrozumieć. Państwo jest świeckie głównie na papierze, partie rządzące nie kryją swoich ateistycznych antypatii, a jak można się domyślać, pewnie i bliskie ateistom otoczenie patrzy na nich jak na dziwaków („No bądź sobie tym ateistą, ale co Ci szkodzi pójść od czasu do czasu do kościoła?”). Taka sytuacja sprzyja radykalizacji poglądów. Wątpliwości zmieniają się w pewność, pewność zmienia się we wrogość, a wrogość zmienia się w czynny anty-katolicyzm.

Dużo trudniej zrozumieć mi katolików, choć ideologicznie są mi zdecydowanie bliżsi. Ich poczucie bycia zaszczutym bierze się chyba z przekonania o tym, jaki jest świat poza Polską (zsekularyzowany) i co nam w związku z tym grozi. Ponadto Internet jako taki sprawia (na mnie) wrażenie miejsca, gdzie ateizm dominuje. Ostateczną kroplą, która przepełnia czarę jest chyba uzasadniona obawa, że wiara przeciętnego Polaka to zaledwie, odmalowywana od święta, fasada. Katolicka oświata mocno zinstytucjonalizowana i zbiurokratyzowana, unikająca jak ognia wątpliwości i pytań zasadniczych oraz kładąca nacisk na gesty i zastraszanie, produkuje ludzi którzy „wierzą” w Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba niejako z rozpędu. Ci ludzie wypracowują swoje własne wersje katolicyzmu, które są wspólne tylko w publicznych gestach, a poza tym ewoluują w sobie tylko znanych kierunkach. Od kultu Maryi jako trzeciej osoby boskiej, poprzez „Boże pomóż bom w potrzebie, a gdy dobrze to siedź w niebie”, po niewierzących, ale praktykujących. Rodzi to przekonanie, że igła konsumpcjonizmu przekłuje, w którymś momencie, ten balon i Kościół w mgnieniu jednego pokolenia zmarginalizuje się w świadomości zbiorowej Polaków.

Te zagrożenia i procesy stworzyły rzeszę wojujących katolików, których celem jak się zdaje jest udowodnienie wszem i wobec, że ateizm, a czasem wszystko co niekatolickie to zjawiska zdecydowanie złe, a instytucja Kościoła Katolickiego, jedyna wiarygodna następczyni pierwszej gminy chrześcijańskiej, jest organizacją tkniętą rysem doskonałości. To matka sukcesów cywilizacji zachodniej, do której zastrzeżeń mieć nie można. Co złego to nie my – mówią wojujący katolicy – wszelkie błędy to wynik uwikłanych w kontekst historyczny niedoskonałych jednostek (nie zawsze świadomych misji i woli Kościoła), których z naszej perspektywy zrozumieć nie sposób.

Ci to wojujący katolicy dopracowali się kilku obronnych argumentów, które początkowo budziły mój niepokój, potem zdziwienie, a ostatnio wrażenie, że ich twórcy strzelają sobie gola do własnej bramki.

Ateista – zły człowiek.

leftierwszy z nich to przekonanie, że ateiści są skazani na bycie złymi. Przesłanek ku temu z łatwością dostarczy przeczytanie dyskusji na najpopularniejszych forach gazet internetowych lub też dla bardziej wymagających pobieżnie przestudiowana historia od oświecenia do czasów obecnych. Przecież istnieją źli ateiści, ateiści kipiący nienawiścią, ateiści mordercy, ateiści obiecujący ludziom raj, który w praktyce okazał się piekłem. Kolejny krok – wrzucenie wszystkich ateistów do jednego worka przychodzi łatwo, zwłaszcza jeśli chwilę wcześniej dokonało się podobnego procesu z (dobrymi w swej istocie) katolikami. Wojującemu katolikowi dobry ateista nie mieści się w głowie. Po co on miałby być dobry? Przecież zło, z perspektywy doczesności, jest w swej istocie korzystniejsze i przyjemniejsze. To dopiero wizja boskiego planu i sądu ostatecznego budzi w człowieku motywację do czynienia dobra (zakład Pascala jest tego doskonałym przykładem). W ten sposób wszystkie grupy społeczne ustawione ze swej istoty poza Kościołem (homoseksualiści, żydzi, humaniści etc.) stają się złe nie ze względu na swoje czyny, ale ze względu na brak motywacji do bycia dobrym, natomiast katolicy są co najwyżej niedoskonali. Przyznać trzeba, że niektórzy ateiści wyjście poza ten stereotyp zdecydowanie utrudniają. Nie zmienia to jednak charakteru tego rozumowania, które nosi znamiona samospełniającej się przepowiedni.

Znam ateistów, którzy są dobrzy. Znam ich wielu. W zasadzie mógłbym powiedzieć, że nie znam świadomego złego ateisty. I tak sobie myślę, czy dobry uczynek wykonany bez wiary, że przyda się on kiedyś w ostatecznym rozrachunku na końcu czasów, wykonany w gruncie rzeczy absolutnie bezinteresownie nie jest lepszy od dobrego uczynku wykonanego by zapewnić sobie ciepły pokoik na wieczność w niebiosach?

Rewolucja Francuska była gorsza.

leftolejny argument dotyczy rozliczenia z przeszłością. Kościół popełniał błędy – to prawda, usłyszymy od katolika wojującego, ale były to błędy funkcjonujących w jego ramach (czasem na obrzeżach) jednostek i grup wspólnych interesów. Naśladowcy Chrystusa są przecież z natury rzeczy niedoskonali. Ateiści również popełniali błędy, ale ich błędy wynikały z ich złej natury i były dalece bardziej groźniejsze, monumentalne i niszczycielskie dla całego świata. To świeckie państwa rozpętały wojny światowe, to świeckie ideologie przyczyniły się do masowej zagłady w połowie XX w. i to świecka żądza całkowitej władzy była źródłem systemów totalitarnych. „Czy wiecie, że podczas Rewolucji Francuskiej zginęło 6 razy więcej ludzi niż podczas 300 lat Inkwizycji?” Zapewne umknął mi ten fragment Biblii, gdzie Jezus mówi: „Nie obwiniajcie się, gdy zabijecie któregoś z moich wrogów, oni bowiem zabiją sześć razy więcej ludzi.” Konieczność uwzględnienia kontekstu historycznego jest przywoływana, gdy mówimy o wyprawach krzyżowych, ale jest absolutnie niepotrzebna, gdy omawiamy II Wojnę Światową. Katolicy stworzyli podstawy cywilizacji zachodniej, rozpowszechnili pismo i zakładali uniwersytety, natomiast ateiści wynaleźli gilotynę, rozpowszechnili rozpustę moralną i zakładali obozy koncentracyjne.

Pismo święte jest nasze.

leftby zracjonalizować sytuację w której się znaleźli, wojujący katolicy wyciągają Biblię i bez wahania wskazują na fragmenty, gdzie Jezus przepowiada prześladowania jego wyznawców, pojawienie się szatańskich proroków i tryumfującą nienawiść do prawdy. Patrzcie, mówią: głosimy prawdę i za to nas nienawidzą! Nie rozumiem jednak dlaczego nie dostrzegają, że to samo mogą powiedzieć o sobie kalwini, luteranie, zielonoświątkowcy, baptyści, świadkowie Jehowy, żydzi, mahometanie, buddyści i… ateiści. Wszyscy oni, w swoim mniemaniu głoszą prawdę, a w świecie nienawiści każdy jest przez kogoś nienawidzony. Wielkość chrześcijan leży, jak myślę, nie w tym, że posiedli oni moc poznania co jest dobre, a co złe, ale w tym, że kochają oni tych, którzy ich nienawidzą. Pokochamy ich, zakrzykną wojujący katolicy, pokochamy homoseksualistów, innowierców i ateistów, ale niech oni przyznają, że mamy rację. Niech prawda zwycięży!

Wojujący katolicy za swoich największych przeciwników uznają wojujących ateistów. Toczą z nimi zacięte walki na słowa, z których nikt nie może wyjść zwycięsko. Angażują swoje siły w spektakularne akcje, jednoczą się, organizują i przegrupowują. Zaryzykuję jednak twierdzenie, że prawdziwy wróg (o ile można go tak nazwać) rozwija się zupełnie gdzie indziej. To rodząca się wraz z materialnym dobrobytem społeczna obojętność na duchowość człowieka. To ludzie, którzy gdy trzeba przychodzą się ochrzcić, gdy trzeba idą do komunii, gdy trzeba przyjmują księdza. Te rosnące po cichu, tuż pod nosem katolików walczących, rzesze obojętnych, gdy przyjdzie ich czas, gdy nadejdzie odpowiednia moda, znikną z kościołów jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bo choć trudno nie wierzyć w nic, to obojętny znajdzie dobrego boga w najbliższym supermarkecie.

Mam nadzieję, że się mylę…

Spis treści.

10 zdań, które zmienią Twoje życie!

Opublikowany w kpiny, refleksje by dru' w dniu maj 25th, 2007

Dziś znalazłem w swojej poczcie niezwykle odkrywczą myśl (nr 1 na liście) wielkiego guru motywowania. Zainspirowało mnie to (jedno zdanie guru motywowania i już rzuciłem się do pracy) do wyszukania innych wyjątkowych prawd, o których ludzkość dotychczas nie miała pojęcia. Przyznam szczerze, że nie wszystkie rozumiem, ale będąc świadomym, że guru motywowania nie mogą się mylić po prostu ustępuję pola ich wielkości.

1. “Twoje życie staje się lepsze tylko, kiedy Ty stajesz się lepszym.” Brian Tracy

2. “Jesteś jedyną osobą na świecie, która może wykorzystać Twój potencjał.” Zig Ziglar

3. “Kontroluj swoje przeznaczenie albo ktoś inny zrobi to za Ciebie.” Jack Welsh

4. “Jeśli chcesz gdzieś dojść, najlepiej znajdź kogoś, kto już tam doszedł.” Robert Kiyosaki

5. “Sukces, to robienie tego, co chcesz robić, kiedy chcesz, gdzie chcesz, z kim chcesz, tak długo, jak tylko chcesz.” Anthony Robbins

6. “Jeśli możesz kłaść się spać każdej nocy ze świadomością, że w ciągu dnia dałeś z siebie wszystko, sukces Cię znajdzie.” Russell L. Mason

7. “Motywacja jest tym, co pozwala Ci zacząć. Nawyk jest tym, co pozwala Ci wytrwać.” Jim Ryun

8. “Droga do sukcesu to podjęcie zmasowanych, zdeterminowanych działań.” Anthony Robbins

9. “Jeśli to, co robisz nie zbliża Cię do Twoich celów, oznacza to, że Cię od nich oddala.” Brian Tracy

I mój zdecydowany faworyt. Na wszelki wypadek nie tłumaczę, żeby nie zgubić znaczenia.

10. “People often say that motivation doesn’t last. Well, neither does bathing - that’s why we recommend it daily.” Zig Ziglar

Spis treści.

Super-scenariusz uniwersalny.

Opublikowany w film, refleksje by dru' w dniu maj 18th, 2007

Istnieje tylko jeden film,
jedynie superbohaterowie się zmieniają.

 

Rodzaje bohaterów.

Dobry superbohater – od zawsze i na zawsze dobry, miewa tylko kłopoty, które stawiają go w złym świetle.

Zły superbohater – człowiek któremu, ktoś niedawno lub bardzo dawno temu zrobił jakąś krzywdę. Im dalej od tego wydarzenia tym bohater jest gorszy. W niektórych przypadkach istnieje możliwość powrotu złego na dobrą drogę (ale tylko gdy złych superbohaterów jest kilku).

Anglosaski pogląd na naturę człowieka nie przewiduje istnienia ludzi złych z gruntu. Gdy zaczniemy grzebać w przeszłości złych bohaterów zawsze się okazuje, że gdzieś tam na początku, ktoś ich poważnie skrzywdził, a oni w swym ograniczonym rozumieniu świata nie potrafili sobie z tym poradzić. Warto zwrócić uwagę na fakt, że źli bohaterowie zawsze są samotni. Otaczają się co najwyżej dziwacznymi kreaturami, które bez sympatii wykorzystują.
 

Scenariusz.

Na początku filmu na skutek połączenia trzech elementów: człowieka, energii jądrowej i dodatkowego elementu powstaje co najmniej jeden nowy zły superbohater*. (Jeśli jest to pierwszy odcinek należy też stworzyć co najmniej jednego dobrego superbohatera.)

Dobry superbohater ubogi materialnie** wiedzie sielankowe życie ze swoją dziewczyną od czasu do czasu ratując świat przed drobnymi złodziejaszkami.

Zły superbohater organizuje się i wyrusza do akcji.

Dobry superbohater ma wspaniałe plany w stosunku do swojej dziewczyny, ale okazuje się, że na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności coś zaczyna się między nimi psuć. Problem, po kolejnych niefortunnych wydarzeniach, zaczyna się nawarstwiać, aż prowadzi do niezwykle ważnego punktu w akcji – kompromitacji dobrego superbohatera. (Jeśli grupą docelową są nastolatki, kompromitacja jest obowiązkowa.)

Pojawia się zwiastun czegoś co pomoże dobremu superbohaterowi pokonać w końcowej walce złego superbohatera. (Tak, już teraz zdradzam koniec – będzie końcowa walka.)

W tym czasie zły superbohater dowiaduje się czego mu potrzeba by mieć więcej (totalitarnej) władzy lub by zrobić coś NAPRAWDĘ ZŁEGO i wykorzystując problemy dobrego superbohatera rośnie w siłę.

Dobry bohater się kompromituje i stacza na dno, a po złej stronie dochodzi do ostatecznego zorganizowania sił lub zdobycia wszystkiego co jest potrzebne do zrobienia NAPRAWDĘ ZŁEJ RZECZY.

Pojawia się stary człowiek, który udziela dobremu superbohaterowi mądrej rady*** w wyniku, której dobry superbohater odbija się od dna i wraca do normalności.

W tym czasie w świecie zewnętrznym jest już naprawdę źle i w ostatniej chwili superbohater wyrusza, aby go ratować.

Rozpoczyna się walka w której dobremu superbohaterowi idzie coraz gorzej, a na kilka sekund przed jego pewną śmiercią (która z pewnością by nastąpiła gdyby zły superbohater nie musiał czegoś na koniec powiedzieć) pojawia się niespodziewany ratunek. Po chwili zły superbohater zostaje unicestwiony.

Zwiastun, którego zdążyliśmy trochę polubić, ginie. Najprawdopodobniej ma to skłonić do refleksji nad kruchością życia.

Superbohater wyjaśnia sobie wszystko ze swoją dziewczyną i pojawiają się końcowe napisy z wpadającą w ucho muzyczką.

 

* Przykłady
Człowiek + energia jądrowa + pająk = Spiderman
Człowiek + energia jądrowa + piasek = Sandman
Człowiek + energia jądrowa + metalowy drążek = Barman
Człowiek + energia jądrowa + zwierzęca skóra = Furman

** Śmiem twierdzić, że Batman jest bogaty tylko dlatego, że w jego powstaniu nie brała udziału energia jądrowa.

*** Przykłady
Słuchaj swego serca.
Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
Nie ma róży bez kolców.
Gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść.

Spis treści.

„300” spartiańskich marines.

Opublikowany w film, refleksje by dru' w dniu kwiecień 11th, 2007

Kinematografia amerykańska znana jest z tego, że w obliczu braku własnej interesującej historii, sięga do wydarzeń, o których wie mało lub wcale, aby wykorzystywać je do własnych ideologicznych i finansowych celów. Nie jest niczym nowym, iż hollywoodzcy reżyserzy z pasją przeszukują podręczniki dla uczniów szkół podstawowych w poszukiwaniu nadających się do sfilmowania bohaterów, którym można wcisnąć w ręce, niekoniecznie dobrowolnie, sztandar z wypisanymi amerykańskimi wartościami. Walczył więc o wolność król Jerozolimy ze swoim giermkiem w „Królestwie Niebieskim”. Walczył Gladiator (chyba najładniej z nich wszystkich). Przyzwyczajamy się, że historia jest jak bułka w supermarkecie, każdy może ją sobie kupić (lub zabrać) i zrobić z nią co chce. Europejczycy w imię dziwnie rozumianej wolności, cenią swoją przeszłość nie bardziej niż papier toaletowy, a niektórzy wpadają w ekstazę jak im tą historię ładnie obrobić, zgodnie z aktualną modą i zapakować w świeży amerykański papier. Nie ważne jaka jest prawda, gdy ten, czy ów rodzimy przodek sprawnie macha mieczem, ładnie prezentuje się w zbroi i od czasu do czasu (a najlepiej 5 sekund przed śmiercią) walnie jakimś chwytającym za serce teksem na temat uniwersalnych wartości.

Nie dziw więc, że i najsławniejszą z bitew o Termopile dopadli specjaliści od zniekształceń. Nie mogło zabraknąć Leonidasa w hollywoodzkim panteonie bohaterów walczących o demokrację i równość dla wszystkich ludzi (nowego) świata. Reżyser do razu lojalnie uprzedził, że prawdę historyczną to on ma tam, gdzie szacunek dla realizmu. W dupie. Jego celem jest widowisko dla mas. Najlepiej nierozgarniętych i podatnych na amerykańskie sny o potędze i wolności.

Od pierwszych minut oglądamy więc czarnego Kserksesa, Nieśmiertelnych ninja, spartan walczących w płaszczach (aby bardziej przypominać supermenów?), mnożące się samodzielnie włócznie, nosorożca bojowego (czemu tylko jedna scena?), słonie większe od tolkienowskich mumakili, perskiego trolla i gościa z garbem wielkości Giewontu (krzyża jedynie brakuje). Całość uzupełnia nieznana dotychczas w dziejach świata formacja o nazwie falanga. Polega ona na ustawieniu żołnierz w jednej linii, z takimi przerwami, że tabun perskich mumakili mógłby sobie wyścigi pomiędzy spartiatami urządzać. Po 5 minutach nudnego dla widza dźgania włóczniami, puszcza się owych wojowników samopas, aby siekali perskich naiwniaków włóczniami o rozmiarach kijka od szczotki, mieczami o wyglądzie arabskich scimitarów i tarczami wykonanymi z niezwykle popularnych ówcześnie stopów tytanowych. Zabrakło tylko nazguli i UFO; zupełnie nie rozumiem dlaczego, bo scenografia aż się o nich prosiła.

No, ale to zbójeckie prawo reżysera, aby robić sobie jaja z nieznanej mu przecież bliżej historii. Nie płacą mu za robotę europejscy historycy, tylko złaknieni krwawego i efektownego widowiska widzowie.

Drugim mocnym punktem filmu jest gra aktorska. Bohaterowie żywcem wzięci z „Mody na sukces”, tudzież rodzimej „Magdy M.”, gdy nie są wspomagani komputerowo, ruszają się jak kłody drewna, szczerzą zęby lub z nostalgią patrzą w dal (to ostatnie wychodzi im zdecydowanie najlepiej). Całość próbują ratować pojawiające się tu i ówdzie piersi i pośladki, co w przypadku nastoletniej widowni jest pomysłem pierwszorzędnym marketingowo. Film jest niesłychanie statyczny, co może być odebrane jako zaleta, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż inspiracją był komiks.

Tą gorzką pigułkę da się przełknąć równie gładko jak pierwszą, zakładając przy wejściu do kina, że celem jest nie artyzm, ale męska krew tryskająca po ostatnie rzędy w kinie. Widz, którego cieszy widok swobodnie latających po ekranie (niekoniecznie) ludzkich kończyn i głów, raczej nie będzie zawiedziony. W gruncie rzeczy jednak nogi i ręce szukające swych właścicieli szybko się nudzą i nawet pojawiające się co rusz przedziwne potwory, nie są w stanie zamaskować faktu, że często wieje nudą.

Odnośnie głębi psychologicznej bohaterów i przesłania całego filmu, to sprawa wygląda jeszcze gorzej. Wszystkie pojawiające się na planie postaci (może poza, wyraźnie przypominającym Abrahama Lincolna, członkiem rady) zachowują się jak niedorozwinięci umysłowo naiwniacy. Scenariusz sprawia wrażenie napisanego przez człowieka, który większość swego życia spędził grając w Quake’a.

Główny czarny charakter na wszelki wypadek nosi ze sobą monety z podobizną Kserksesa, aby łatwiej go było oskarżyć o zdradę (ciekawe gdzie chciał nimi płacić? na spartańskim targu?). Rada Spartian jest bardziej podatna na marnej jakości manipulację, niż najbardziej zdewociali słuchacze Radia Maryja. Co więcej ten wychowany do walki naród, te bestie w ludzkiej skórze, ci urodzeni mordercy spędzający czas na niekończącej się wojnie, w obliczu niepowtarzalnej okazji do pokazania swych nadludzkich umiejętności, jaką jest liczony w setkach tysięcy przeciwnik, podejmują decyzję, że skoro jest święto, to niezbędnie konieczne jest pląsanie w rytm miłej bogom muzyki, a nie ruszanie na największą na świecie armię.

I jeszcze (filmowy, nie prawdziwy) Leonidas. Gadający w kółko o męstwie, honorze i sławie król Sparty. Głupiec nad głupcami i samobójca. W imię honoru, amerykańskiej wolności i demokracji daje wystrzelać elitę swojej armii jak stado kaczek, albo raczej kur domowych. Ten wielki władca nie ma żadnego posłuchu wśród swoich poddanych, poza garstką równie rozgarniętych jak on wariatów. W ostatniej scenie król i jego szalona straż przyboczna wystawiają swoje umięśnione pośladki i torsy na grad perskich strzał, gdy nie dalej jak godzinę wcześniej bez większych problemów przed podobnymi salwami chowali się za swoimi tytanowymi tarczami. Co za wielki dowódca wystawia swoich wiernych wojaków na żałosną śmierć, tylko po to, by zaspokoić wymagania jakiegoś durnego prawa (które wcześniej bez obiekcji złamał)? Może czuł, że żona w imię tych samych idei przyprawiła mu rogi. Dobrze, że prawdziwy Leonidas tego nie ogląda. Z pewnością spadłby z pomnika.

Pozostaje nam tylko z rozpaczą czekać jak amerykańscy barbarzyńcy kultury wezmą się za naszych kawalerzystów na kasztankach. A może będziemy pękać z dumy jak wątłe pancerze niemieckich czołgów będą z hukiem rozpadać się pod naporem ułańskiej szarży?

Spis treści.