Korzyść krańcowa.
Warszawa dn. 4.04.2015r.
Urząd Ekonomizacji Życia
ul. Radosna 4
00-750 Warszawa.
Pan Jerzy Nadgrobski.
Szanowny Panie,
Gadżet dla ukochanej.
Odejść od zmysłów można z różnych powodów. Człowiek jest istotą, która z relatywnie dużą łatwością ogarnia otaczający ją świat. I czasem może dopaść go przerażająca jasność związana z jego stanem obecnym lub przyszłym. Dajmy na to przytłaczające poczucie swojej absolutnej niemocy sprawczej. Albo dostrzeżenie roli i znaczenia swojej osoby we wszechświecie (dla niezorientowanych proponuję wyliczyć stosunek masy własnej do masy wszechświata). W lekkich przypadkach mogą pomóc proste środki zaradcze (piosenka Anny Marii Jopek o łódeczce), ale czasem, szczególnie w przypadku umysłów o dużej skłonności do melancholii, popadnięcie w obłęd wydaje się nie tylko nie uniknione, ale i konieczne (wszak lepiej odejść od zmysłów niż zwariować).
Pijani sobą.
Gdy Władysław Bartoszewski zbierał oklaski za błyskotliwy wykład będący kontynuacją jego refleksji na temat dyplomatołków, śmiałem się razem z salą. Gdy Tomasz Lis wspominał o wpadających z przyjacielską wizytą panach z ABW do TVN, byłem wystraszony. Gdy chwilę później dowiedziałem się, że działaczy z młodzieżówek PO i LPR wzywa się na przesłuchania w okresie kampanii wyborczej w jakiejś dziwnej sprawie, wrażenie, że ktoś tu zaczyna niebezpiecznie przesadzać, pogłębiło się.
Jeden akapit.
Ostatnio poszukując materiałów do badań zagłębiłem się w brytyjskie dokumenty prawne dotyczące polityki edukacyjnej. W jednym z nich natrafiłem na krótki akapit, który od samego początku wydał mi się interesujący, a im bardziej go czytam tym bardziej jestem zdumiony anglosaskim oglądem świata i jednocześnie tracę nadzieję, iż coś takiego powstanie kiedykolwiek w Polsce.
Budując cudzy raj…
Lądujesz z jednym plecakiem i bagażem podręcznym gdzieś w centrum Dublina. Kumpel przechowuje cię na kilka nocy, a ty intensywnie rozglądasz się za pracą i łóżkiem do spania. Na początku jest ciężko. Złotówki znikają błyskawicznie, a przeliczanie irlandzkich cen może tylko przyprawić o zawał serca. Już zaczynasz myśleć o powrocie… i nagle jest! Na budowie, w restauracji, pubie czy sklepie znajduje się dla ciebie miejsce pracy.
Harry Potter i dumni mugole.
Harry Potter ostatecznie się zakończył. Nareszcie “ci-którzy-go-nieczytali-ale-wszystko-wiedzą” mogliby odetchnąć z ulgą. Mogliby ale ponieważ ich wiedza o książce nie wykracza poza wyrwane z kontekstu zdania, będą żyć w obawie, że pojawi się jeszcze kolejna (lub kilka kolejnych) część przygód małego okultysty. Ostatecznie idea kontynuowania już zdecydowanie zakończonych historii w świecie “Rambo 4″ nie jest nieprawdopodobna.
Ktoś tu jest jak idiota.
Sporo czasu w swoim życiu spędziłem na zastanawianiu się, co to znaczy być dobrym patriotą. Wprawdzie każdorazowe otworzenie gazety czy włączenie telewizora budzi we mnie przekonanie, że chyba jednak urodziłem się nie w tym kraju co trzeba, niemniej staram się szanować mój naród, który w różnych momentach dziejowych zdobywał się na wyczyny, o których inni mogą co najwyżej pomarzyć. Szukam w historii tych chwil, z których możemy być dumni jako Polacy (a choćby taka bitwa pod Koronowem), jak i takich, których jednoznacznie powinniśmy się wstydzić. Docieranie do prawdy o własnym kraju (w czym, przyznać trzeba, nauka historii w szkołach skutecznie przeszkadza) jest dla mnie jedną z dróg do lepszego zrozumienia innych narodów, którym również nie było łatwo. Nie tylko dlatego, że ktoś (my?) ich napadał, ale i dlatego, że mieli swoich własnych głupich władców i polityków, z którymi musieli sobie dawać radę. I choć wiem, że ci, o których teraz mówimy “Polacy” nie koniecznie musieli się czuć Polakami to bardziej jestem dumny z Kopernika niż z Keplera, ze Słowackiego niż z Byrona i z Jana Pawła II (o jak ja chciałbym coś o nim w miarę obiektywnego przeczytać) niż z kolejnego Piusa.
Proszę się nie śmiać! Ja jestem z kabaretu!
Opolski Kabareton 2007, którego nie miałem nieprzyjemności oglądać zebrał wśród internautów opinie jednoznaczne. Nawet panu Wolskiemu, który wstydzi się do tego przyznać, będzie się on pewnie kojarzył głównie ze słowem „żenada”. Nic więc dziwnego, że był to główny temat dzisiejszego rodzinnego (i pysznego) obiadu*. „Lizanie tyłka władzy”, „Rosiewicz to kompromitacja sama w sobie” i „powrót PRL” to wszystko niezaprzeczalna prawda. Jedna rzecz mi jednak spokoju nie daje.
Przyczyną, dla której nie pojawiły się na scenie najlepsze, w opinii wielu, polskie kabarety mamy upatrywać w wymaganiach dyrekcji Kabaretonu, która to zażyczyła sobie, aby nie śmiać się ze Słońca Tatr i jego jedynie słusznej partii. Na to owe najlepsze polskie kabarety zbiorowo się obraziły, bo kto to widział, żeby w demokratycznym kraju dopuszczać się cenzury. By całą sprawę uczynić jeszcze straszniejszą, pierwsza dama polskiego kabaretu Olga Lipińska uzmysławia nam, że obecna cenzura jest jeszcze gorsza niż ta z PRL, bo jest to autocenzura podszyta strachem. Marcin Wolski (ojciec dyrektor kabaretonu) jawić się ma nam więc jako pogromca artystycznej swobody, kajdanki Wielkiego Wodza i jednocześnie osobnik drżący ze strachu przed swoim mocodawcą („podszyta strachem”!). Osobiście odbieram go raczej jako człowieka, który dobrze wie na co się pisze, a swoją robotę wykonuje bez entuzjazmu, aczkolwiek zgodnie z oczekiwaniem pracodawcy.
Wracając jednak do meritum – czyli skrzywdzonych kabaretów. Wątpliwości ogarnęły mnie, gdy zacząłem się zastanawiać, czy kabareciarz może się obrazić, w dodatku obrazić na rzeczywistość. W końcu on z ośmieszania tej obrażającej go rzeczywistości żyje. Tkwiłem w swych wątpliwościach do czasu, gdy na jednym z blogów przeczytałem jak to Marcin Daniec na benefisie Jana Pietrzaka, który zgromadził całą serwatkę towarzyską IV RP wyciął organizatorom numer i ponaigrywał się z wydętej do granic wytrzymałości dumy założycieli nieistniejącego państwa. Pietrzak podobnież zbladł jak ściana, a publiczność zamarła w przerażeniu. Brakowało tylko funkcjonariusza w czarnym prochowcu i z kajdankami, ale i tak było wystarczająco zabawnie.
I tak sobie myślę, o tych najlepszych polskich kabaretach, czy nie jest to kompromitacja na miarę dorobku Marcina Wolskiego, nie mówienie niczego i odmawianie uczestnictwa w spektaklu tylko dlatego, że czegoś tam się zakazuje. Prawdziwa sztuka kabaretowa, czego dowodem jest niesłabnący urok kabaretów działających w PRL, to powiedzieć coś czego nie wolno, pomimo tego, że nie wolno, w taki sposób, aby nikt nie mógł się przyczepić. Co więcej myślę, że zjawienie się na Kabaretonie i odegranie skeczu, dzięki któremu złamał by się Ziobro, a Gosiewskiemu pociąg by stanął, to byłaby dopiero sztuka, o której opowiadałbym moim wnukom, żyjącym w (jak podejrzewam) VII czy VIII Rzeczpospolitej. A tak mamy milczące „najlepsze” polskie kabarety i zadowolonego Wolskiego, któremu wszystko udało się tak, jak tego oczekiwał.
A może to jest właśnie ta osławiona autocenzura kabareciarzy.
* wyraźnie i niedwuznacznie podlizuję się żonie


