Od czasu, gdy byłem w stanie skupić wzrok na jednym przedmiocie przez pewien okres czasu i dorosłem do uczestniczenia w weselach, zastanawiała mnie jedna rzecz. Dlaczego filmy z wesela są takie nudne? Niby to najważniejszy wydarzenie w życiu, każdy stara się jak może, aby wszystko było doskonałe pod każdym względem, a jeszcze nie widziałem filmu z wesela (łącznie ze swoim własnym), który byłby w stanie utrzymać moją uwagę choćby do przysięgi. Wszystko w nich jest takie samo.

Każdy ślub jest inny, na każdym pojawiają się dwie różne osobowości, każdy jest w innym miejscu (często niezwykle ciekawym), na każdym olśniewająca suknia i garnitur. Na każdym prężący się z dumy pan młody i rozanielona pani młoda. Każdy z nich wyjątkowy i na każdym warto pobyć choćby chwilę. A gdy wszystko się skończy, włączamy kasetę i co… Zdjęcia, przymiarki sukni, wejście do kościoła, przysięga z pogłosem, toast, kotlet, taniec, kotlet, taniec, oczepiny, kotlet, taniec, kotlet, taniec i napisy. Nawet, jeśli trafiło się coś wyjątkowego (a przecież sam ślub jest wyjątkowy) i tak ginie to w tłoku kotletów i niezliczonych ilości tańczących par.

Tak więc sobie wyobrażam filmy ze ślubu. Film nowej jakości (na obecnym stadium koncepcja bardzo niedopracowana).

Na początek, zjawiamy się u kamerzysty na wywiad z ankietą. Kamerzysta męczy nas przez godzin co najmniej kilka. Pyta wpierw osobno o dzieciństwo, rodziców, nasze kontakty z innymi, wyobrażenia na temat świata – jak rasowy psychoanalityk. Całość nagrywa na kamerę, aby dodatkowo zdobyć informację na temat naszego sposobu poruszania się. Potem rozmowa wspólna, na temat naszej miłości. Jaka jest, co jest w niej dobrego, z czym jest nam łatwo sobie radzić, a z czym nie. Kamerzysta-psycholog nagrywa, ogląda i słucha.

Następnie, już sam kamerzysta-artysta siada z tym całym materiałem i szuka jakiegoś punktu zaczepienia. Pyta. Co nas wyróżnia? Jacy jesteśmy? Co jest najpiękniejszego w naszej miłości? A gdy już odnajdzie to coś, szuka środków, aby to wyrazić. Dobiera temat muzyczny, barwy, sposób kręcenia kamerą i robienia zdjęć, może jakieś miejsca gdzie można by zrobić zdjęcia, itp. Zgłasza ewentualnie sugestie dotyczące organizacji wesela i ślubu lub jego fragmentów. Na koniec, całość przedstawia młodym.

Ale to nie ma być film kotletowo-taneczny. To ma być film o rodzącej się miłości. Miłości ludzi różnych od siebie, a jednak tworzących jedną całość. Miłości, która gdzieś się zrodziła i która z biegiem czasu nabiera wyrazu. Miłości, dla której obecna chwila jest kamieniem milowym. Miłości która się zmieni. Miłości, która wyda owoce. To musi porwać. Koło czegoś takiego, każdy ludzki człowiek nie może przejść obojętnie. Kamerzysta-człowiek wszystkoumiejący puszcza muzykę, pokazuje obrazy, zdjęcia młodych, fragmenty ślubu, wesela. Film tętni życiem. Widzimy jak rodzi się miłość. Babcia widzi. Ciocia widzi. Nawet wujkowie odrywają się od piwa z kotletem na rodzinnym oglądaniu filmu. Napięcie narasta. Ktoś rozdziawia usta. Muzyka się wznosi. Tematy niby odrębne, ONA i ON łączą się. Powoli, coraz wyraźniej kształtuje się to, co powstanie dzięki im dwojgu. Teraz już, kto tylko może, nawet młodzi, wlepiają oczy w ekran, by dostrzec istotę ich miłości. Zapada cisza pełna oczekiwania. Istnieją tylko ekran, miłość i młodzi. Film przyspiesza i nagle… słyszymy „Tak”. Powiedzieli TAK. Powiedzieli SOBIE TAK. Wszyscy padają sobie w objęcia. Ktoś roni łzy. Ktoś rozlewa piwo. Ktoś krztusi się kotletem. Ale to nie ważne. Powiedzieli sobie tak. Każdy nauczył się czegoś nowego. O panu młodym. O pani młodej. O ich miłości. Nikt już nie patrzy na nich jak na dwa kawałki czegoś. Nie. Oni się kochają i to jest jasne.

Reklamy