Kinematografia amerykańska znana jest z tego, że w obliczu braku własnej interesującej historii, sięga do wydarzeń, o których wie mało lub wcale, aby wykorzystywać je do własnych ideologicznych i finansowych celów. Nie jest niczym nowym, iż hollywoodzcy reżyserzy z pasją przeszukują podręczniki dla uczniów szkół podstawowych w poszukiwaniu nadających się do sfilmowania bohaterów, którym można wcisnąć w ręce, niekoniecznie dobrowolnie, sztandar z wypisanymi amerykańskimi wartościami. Walczył więc o wolność król Jerozolimy ze swoim giermkiem w „Królestwie Niebieskim”. Walczył Gladiator (chyba najładniej z nich wszystkich). Przyzwyczajamy się, że historia jest jak bułka w supermarkecie, każdy może ją sobie kupić (lub zabrać) i zrobić z nią co chce. Europejczycy w imię dziwnie rozumianej wolności, cenią swoją przeszłość nie bardziej niż papier toaletowy, a niektórzy wpadają w ekstazę jak im tą historię ładnie obrobić, zgodnie z aktualną modą i zapakować w świeży amerykański papier. Nie ważne jaka jest prawda, gdy ten, czy ów rodzimy przodek sprawnie macha mieczem, ładnie prezentuje się w zbroi i od czasu do czasu (a najlepiej 5 sekund przed śmiercią) walnie jakimś chwytającym za serce teksem na temat uniwersalnych wartości.

Nie dziw więc, że i najsławniejszą z bitew o Termopile dopadli specjaliści od zniekształceń. Nie mogło zabraknąć Leonidasa w hollywoodzkim panteonie bohaterów walczących o demokrację i równość dla wszystkich ludzi (nowego) świata. Reżyser do razu lojalnie uprzedził, że prawdę historyczną to on ma tam, gdzie szacunek dla realizmu. W dupie. Jego celem jest widowisko dla mas. Najlepiej nierozgarniętych i podatnych na amerykańskie sny o potędze i wolności.

Od pierwszych minut oglądamy więc czarnego Kserksesa, Nieśmiertelnych ninja, spartan walczących w płaszczach (aby bardziej przypominać supermenów?), mnożące się samodzielnie włócznie, nosorożca bojowego (czemu tylko jedna scena?), słonie większe od tolkienowskich mumakili, perskiego trolla i gościa z garbem wielkości Giewontu (krzyża jedynie brakuje). Całość uzupełnia nieznana dotychczas w dziejach świata formacja o nazwie falanga. Polega ona na ustawieniu żołnierz w jednej linii, z takimi przerwami, że tabun perskich mumakili mógłby sobie wyścigi pomiędzy spartiatami urządzać. Po 5 minutach nudnego dla widza dźgania włóczniami, puszcza się owych wojowników samopas, aby siekali perskich naiwniaków włóczniami o rozmiarach kijka od szczotki, mieczami o wyglądzie arabskich scimitarów i tarczami wykonanymi z niezwykle popularnych ówcześnie stopów tytanowych. Zabrakło tylko nazguli i UFO; zupełnie nie rozumiem dlaczego, bo scenografia aż się o nich prosiła.

No, ale to zbójeckie prawo reżysera, aby robić sobie jaja z nieznanej mu przecież bliżej historii. Nie płacą mu za robotę europejscy historycy, tylko złaknieni krwawego i efektownego widowiska widzowie.

Drugim mocnym punktem filmu jest gra aktorska. Bohaterowie żywcem wzięci z „Mody na sukces”, tudzież rodzimej „Magdy M.”, gdy nie są wspomagani komputerowo, ruszają się jak kłody drewna, szczerzą zęby lub z nostalgią patrzą w dal (to ostatnie wychodzi im zdecydowanie najlepiej). Całość próbują ratować pojawiające się tu i ówdzie piersi i pośladki, co w przypadku nastoletniej widowni jest pomysłem pierwszorzędnym marketingowo. Film jest niesłychanie statyczny, co może być odebrane jako zaleta, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż inspiracją był komiks.

Tą gorzką pigułkę da się przełknąć równie gładko jak pierwszą, zakładając przy wejściu do kina, że celem jest nie artyzm, ale męska krew tryskająca po ostatnie rzędy w kinie. Widz, którego cieszy widok swobodnie latających po ekranie (niekoniecznie) ludzkich kończyn i głów, raczej nie będzie zawiedziony. W gruncie rzeczy jednak nogi i ręce szukające swych właścicieli szybko się nudzą i nawet pojawiające się co rusz przedziwne potwory, nie są w stanie zamaskować faktu, że często wieje nudą.

Odnośnie głębi psychologicznej bohaterów i przesłania całego filmu, to sprawa wygląda jeszcze gorzej. Wszystkie pojawiające się na planie postaci (może poza, wyraźnie przypominającym Abrahama Lincolna, członkiem rady) zachowują się jak niedorozwinięci umysłowo naiwniacy. Scenariusz sprawia wrażenie napisanego przez człowieka, który większość swego życia spędził grając w Quake’a.

Główny czarny charakter na wszelki wypadek nosi ze sobą monety z podobizną Kserksesa, aby łatwiej go było oskarżyć o zdradę (ciekawe gdzie chciał nimi płacić? na spartańskim targu?). Rada Spartian jest bardziej podatna na marnej jakości manipulację, niż najbardziej zdewociali słuchacze Radia Maryja. Co więcej ten wychowany do walki naród, te bestie w ludzkiej skórze, ci urodzeni mordercy spędzający czas na niekończącej się wojnie, w obliczu niepowtarzalnej okazji do pokazania swych nadludzkich umiejętności, jaką jest liczony w setkach tysięcy przeciwnik, podejmują decyzję, że skoro jest święto, to niezbędnie konieczne jest pląsanie w rytm miłej bogom muzyki, a nie ruszanie na największą na świecie armię.

I jeszcze (filmowy, nie prawdziwy) Leonidas. Gadający w kółko o męstwie, honorze i sławie król Sparty. Głupiec nad głupcami i samobójca. W imię honoru, amerykańskiej wolności i demokracji daje wystrzelać elitę swojej armii jak stado kaczek, albo raczej kur domowych. Ten wielki władca nie ma żadnego posłuchu wśród swoich poddanych, poza garstką równie rozgarniętych jak on wariatów. W ostatniej scenie król i jego szalona straż przyboczna wystawiają swoje umięśnione pośladki i torsy na grad perskich strzał, gdy nie dalej jak godzinę wcześniej bez większych problemów przed podobnymi salwami chowali się za swoimi tytanowymi tarczami. Co za wielki dowódca wystawia swoich wiernych wojaków na żałosną śmierć, tylko po to, by zaspokoić wymagania jakiegoś durnego prawa (które wcześniej bez obiekcji złamał)? Może czuł, że żona w imię tych samych idei przyprawiła mu rogi. Dobrze, że prawdziwy Leonidas tego nie ogląda. Z pewnością spadłby z pomnika.

Pozostaje nam tylko z rozpaczą czekać jak amerykańscy barbarzyńcy kultury wezmą się za naszych kawalerzystów na kasztankach. A może będziemy pękać z dumy jak wątłe pancerze niemieckich czołgów będą z hukiem rozpadać się pod naporem ułańskiej szarży?

Reklamy