…czyli o szczycie w Brukseli.

Rodzinny bigos.

Gdy Jarosław K. zwany czasem premierem, kończył swoją kampanię wyborczą do parlamentu wydawało mi się, że dokonał rzeczy niebywałej. Udało mu się jakimś sposobem odnaleźć (stworzyć) wspólną tożsamość dla ludzi, którzy przegrali transformację (czy to na własne życzenie, czy też bezwiednie). Gdy jeszcze opinia publiczna (razem ze mną) upajała się wielką koalicją PO-PiS Jarosław już dobrze wiedział, kto i dlaczego na niego głosował oraz co ów głosujący jest w stanie zaakceptować. Jednym słowem miał i nadal ma doskonałe rozeznanie w swoim elektoracie. Elektorat ów jest dość specyficzny i do celów Jarosława nadaje się doskonale:
1. Jest podatny na opisywaną już wcześniej filozofię walki.
2. Lubi świat prostych prawd i ustalonego porządku.
3. W dużej mierze wyznaje Polski Katolicyzm Oświecony – czyli jaskrawo zarysowane postaci z Biblii i ich wyraźnie określone role jakie odgrywają w niebiańsko-ziemskiej rzeczywistości.
4. Obce mu jest pojęcie wolności obywatelskiej.

I Jarosław daje im to czego oczekują. Daje im rewolucję moralną, daje im wrogów (beneficjentów transformacji), daje im obietnice silnej Polski oraz jako taki dobrobyt materialny.

Jednocześnie Jarosław nie zadziera z tymi, którzy naprawdę coś mogą, czyli klasą posiadającą pieniądze. Minister finansów jest ekonomistom bliski, a wrogami z układu najczęściej okazują się trafione tu i ówdzie kozły ofiarne, a nie ci, którzy na transformacji dorobili się fortuny (oczywiście nie twierdzę, że ci, którzy się dorobili muszą być od razu przestępcami).

Ta sytuacja ma dwie konsekwencje. Po pierwsze istotna większość społeczeństwa (ta bliższa społeczeństwu obywatelskiemu) nie ma swojej reprezentacji w parlamencie (ale o tym kiedy indziej). Po drugie Jarosław ma łatwy do zarządzania lud, dzięki któremu może skupić się na tym na czym najbardziej mu zależy.

Władza, władza, władza.

Jarosław chce władzy. Chce widzieć Polskę (w jego rozumieniu) dobrze zarządzaną i silną na arenie międzynarodowej. Nie chce władzy, aby w jej cieniu dokonywać szemranych interesów. Chce jej dla niej samej niczym (powierzchownie rozumiany) macchiavelliczny książe, choć może w nieco innych warunkach i na nieco innych zasadach. Chce państwa autokratycznego (bo w rozumieniu jego i wielu innych tylko taka Polska się sprawdzała) i w zasadzie je ma.

Kartofelnsalad i żabie udka ze schabowym.

Dużo trudniejsze zadanie czekało Jarosława na zewnątrz kraju. Polska z racji swej pozycji geopolitycznej powinna być jednym z głównych graczy w europejskiej polityce, lecz w wyniku biegu historii (również na własne życzenie Polaków) znaleźliśmy się ostatnio w europejskiej kuchni, gdzie jest miejsce dla małych lub biednych. Nie ma wątpliwości, że (w opinii wielu) już sama obecność w kuchni jest dla Polski sporym sukcesem. Polska po wpuszczeniu do pańskiego domu miała więc zachowywać się kulturalnie. W języku polityki europejskiej kulturalnie zachowuje się ten, kto bierze z wdzięcznością co mu łaskawie podadzą (rzucą ze stołu) i spełnia z uśmiechem na ustach to co mu polecono. Słowo to ma trzymać nisko tych, których można oskarżyć o to, że im słoma z butów wystaje, choćby i kultura i słoma były czysto hipotetyczne.

Rozgrywką o znaczeniu niebagatelnym i jednocześnie znakomitą okazją do dopchania się do europejskiego stołu (lub jak kto woli koryta) była zmiana systemu głosowania. Zmiana o tyle ważna, że zmęczone demokratycznymi przepychankami Niemcy postanowiły zmienić oblicze Unii Europejskiej. Marazm, który coraz wyraźniej rozłaził się po wszelkich unijnych instytucjach, a nasilił się jeszcze po wielkim rozszerzeniu do 25 państw pokazywał, że bez silnych rządów jednego z państw Unia za niedługo zmieni się w największą na świecie samonapędzającą się biurokrację, która dodatkowo nie będzie robić absolutnie nic. Pierwszym etapem reorganizacji miała być zmiana systemu głosowania. Przesunięcie akcentu ze względnej równowagi na przewagę czterech krajów, z naciskiem na Niemcy, to coś co miało stworzyć podwaliny Europejsko-Niemieckiego supermocarstwa. Oczywiście stworzenie Unii Europejskiej z dominującą rolą Niemiec mogło się nie podobać innym silnym państwom Europy. Czyli dokładnie komu? Zakładając, że nikt nie widzi nadziei na poprawę obecnej sytuacji poprzez utrzymywanie równowagi przy podejmowaniu wszelkich decyzji unijnych, aspirujących do roli dominanta w Europie nie było wielu. Włochy, póki co, próbują się rozprawić z problemami, których nabawiły się gdzieś w czasach renesansu. Wielka Brytania nigdy nie rozumiała problemów i spraw na kontynencie i jest w Unii Europejskiej głównie dlatego, że nie wypada, aby w niej nie była. Inny system prawny, inna waluta, inna historia, w zasadzie wszystko inne. Francja natomiast, najpoważniejszy konkurent Niemiec, w ostatnich latach zachowywała się jak szwagier gospodarza imprezy, który nie mogąc określić swojej roli na przyjęciu, zalany winem i bijący się z myślami zasnął pod jednym ze stołów. I tutaj Jarosław zwietrzył swoją szansę. Wygrana Sarkozego oznaczała, że Francja może wrócić do swoich mocarstwowych aspiracji. Niestety czas naglił, a zbliżający się szczyt, na którym Niemcy były zdecydowane przepchać korzystne dla siebie rozwiązanie (koniec ich przewodnictwa w UE) oznaczał jednocześnie koniec szans na dopchanie się do pańskiego stołu. Wtedy to Jarosław wykonał manewr tyle szalony, co genialny. Zaproponował sposób liczenia głosów idący w budowaniu równowagi pomiędzy krajami członkowskimi UE znacznie dalej niż system nicejski. Jarosław postawił Unii jasne pytanie: czy chcecie Europy Równowagi? Włochy i Anglia zamilkły z jasnym przesłaniem, że kto chce dominacji niech o nią walczy. Żelazna Angela wyciągnęła „żelazny” argument i wygarnęła, nie po raz pierwszy, polskim władzom od niewdzięcznych warchołów. Jarosław, który dopychając się do pańskiego stołu miał już w Europie tak złą prasę, że gorszej się nie dało, wzruszył ramionami i kontynuował swoją grę. Emocje sięgnęły zenitu, ale udało się coś czego Jarosław oczekiwał, Sarkozy podjął wyzwanie. Na zmianę dominacji z Niemieckiej na Francusko-Polską nie było żadnej nadziei. Z resztą w to, że taka dominacja cokolwiek da nie wierzyli nawet świeżo upieczeni przyjaciele Sarkozy i Jarosław. Sensownym rozwiązaniem było uzyskanie możliwości przeciwwagi dla Niemiec w postaci Francusko-Polskiego weta oraz pękaty budżet Unii na najbliższe lata. Po dekadzie Jarosław miał (i ma) nadzieję, że polska gospodarka na tyle stanie na nogi, iż bardziej będzie zainteresowany ograniczaniem budżetu, aby nie dopłacać do biedaków UE. Sarkozy przystał na te warunki w zamian za możliwość odniesienia na szczycie spektakularnego sukcesu. Jarosław uśmiechnął się pierwszy raz od czasu jak jego brat został prezydentem.

Szczytowanie.

Sam szczyt to zastosowanie w praktyce pierwszego lepszego podręcznika z negocjacji. Pierwszy manewr to wysłanie przez Jarosława na negocjacje swojego drugiego ja, co było jasną oznaką, że żadnych poważnych rozmów nie będzie. Merkel dwoiła się i troiła, a w najtrudniejszych momentach Lech tylko szeptem powtarzał: Masz rację, masz rację, ale ON nie chce się na to zgodzić. Jak wiadomo z nieobecnym negocjuje się najtrudniej. Angela z pewnością przejrzała tą prostą grę, ale była w zasadzie bezsilna. Czas na rozmowy się kończył, a Lech bezradnie rozkładał swoje dyplomatyczne ręce. W pewnym momencie Angela sięgnęła po ostateczne argumenty. Zwołanie szczytu bez Polski i sianie zamętu w prasie dały jasno do zrozumienia, że ci przy pańskim stole i ci w kuchni nie różnią się wiele w manierach, gdy idzie o sprawę zasadniczą. O władzę. Angela musiała tym razem wyrazić zgodę na pewien jej podział i chwilę potem Sarkozy obwieszczał swój wielki tryumf negocjacyjny.

Na koniec Jarosław dorzucił do umowy drobną poprawkę, o której wspominał już wcześniej, a która daje się łatwo przetłumaczyć na język potoczny: Żadnych pedałów na polskich ulicach, żadnych eutanazji w polskich szpitalach. Rewolucja moralna dla mas będzie trwać przy milczącej zgodzie Unii.

Jeśli, ktoś ma ochotę dla równowagi przeczytać komentarz znacznie poważniejszy i z innego punktu widzenia, zapraszam do Azraela.

Reklamy