Lądujesz z jednym plecakiem i bagażem podręcznym gdzieś w centrum Dublina. Kumpel przechowuje cię na kilka nocy, a ty intensywnie rozglądasz się za pracą i łóżkiem do spania. Na początku jest ciężko. Złotówki znikają błyskawicznie, a przeliczanie irlandzkich cen może tylko przyprawić o zawał serca. Już zaczynasz myśleć o powrocie… i nagle jest! Na budowie, w restauracji, pubie czy sklepie znajduje się dla ciebie miejsce pracy.

Powoli zaczynasz wrastać w krajobraz. Początkowo piwo w barze wydaje ci się dobrem ekskluzywnym, ale po pierwszych tygodniach zaczyna docierać do ciebie jak wielką moc mają twoje pieniądze. Nagle dzięki prostej pracy stać cię na rzeczy, o których ludzie w Polsce mogą w większości jedynie pomarzyć. Dobry komputer lub telewizor to miesiąc oszczędzania, a jeśli nie jesteś szczególnie wybredny to ten drugi kupisz na wtórnym rynku nawet za 10 euro. Zarabiasz tyle, że nie nadążasz wydawać zwłaszcza, że… No właśnie, 40 godzin pracy na tydzień, nierzadko nocnej, to norma, a sam chcesz pracować więcej. W efekcie, dodając do tego irlandzki klimat, z pierwszych kilku miesięcy pamiętasz głównie dni, w których wybrałeś się na wycieczkę, bo barowe lub domowe imprezy w kręgu szybko poznanych znajomych, pomimo swojego uroku, są do siebie dosyć podobne.

W końcu na chwilę wyjeżdżasz do rodziny. Zjawiasz się jako bohater. Błyszczysz przed znajomymi laptopem, komórką czy ciuchami, wyciągasz ich na imprezy i entuzjastycznie opowiadasz jak to w Irlandii jest zajebiście. Niektórzy koledzy zaczynają myśleć o wyjeździe, inni pracują w Polsce za pensję, którą ty zarabiasz w niecały tydzień.

Niepostrzeżenie mija rok, potem drugi, a ty marzysz o wynajęciu własnego pokoju (mieszkania), samochodzie, wakacjach w ciepłych krajach czy może lepiej płatnej pracy i nagle podczas kolejnego powrotu do Polski okazuje się, że nie masz dokąd wracać. Połowę twojego bagażu wypełniają prezenty dla dzieci znajomych i rodziny. Po odwiedzeniu wszystkich okazuje się jednak, że nikt w zasadzie nie ma dla ciebie czasu. Ich problemy są ci całkowicie obce. Natrętna myśl, by może też samemu założyć rodzinę powraca po raz kolejny. Oczywiście w Irlandii, bo przecież nie w rządzonej przez szaleńców azjatyckiej Polsce. I zaczynasz liczyć…

O własnym domu nie masz co mażyć. Za pieniądze, które aktualnie wystarczają na wszystko powinieneś być w stanie wynająć całe mieszkanie, ale będzie to wydatek spory, zwłaszcza jeśli mieszkasz w Dublinie. W budżecie zmieści się również kilkuletnie auto. A gdybyś tak chciał mieć dziecko? Kelnerki i barmanki nie mają urlopów macieżyńskich więc musiałbyś sam utrzymać trójkę ludzi. Do tego dochodzi wybór między południowo-azjatycką bezpłatną służbą zdrowia i staniem w kolejkach, a horendalnie drogą (i nie wiele lepszą) opieką prywatną. Wynajem opiekunki się nie opłaca, w końcu to lepiej płatny zawód niż twój. Nagle odkrywasz, że kilka rzeczy w Irlandii jest niewyobrażalnie drogich i podobnie jak w Polsce jedynie bogatsi mogą sobie na nie pozwolić. Pomoc społeczna, o której istnieniu w Polsce dowiadywałeś się głównie z wiadomości, w Irlandii jest dla ciebie jedną z ważniejszych rodzinnych instytucji. Na to, że twoje dziecko nie będzie uznane w szkole za biedne, raczej nie masz co liczyć.

Utrzymanie standardu życia przeciętnej irlandzkiej rodziny jest poza granicą twoich możliwości. Ostatecznie i tak pozostaje ci obracanie się w kręgu emigrantów trochę na marginesie głównego życia społecznego albo utrzymywanie rodziny mieszkającej w Polsce. Tylko czy o to właśnie chodziło?

Reklamy