Gdy Władysław Bartoszewski zbierał oklaski za błyskotliwy wykład będący kontynuacją jego refleksji na temat dyplomatołków, śmiałem się razem z salą. Gdy Tomasz Lis wspominał o wpadających z przyjacielską wizytą panach z ABW do TVN, byłem wystraszony. Gdy chwilę później dowiedziałem się, że działaczy z młodzieżówek PO i LPR wzywa się na przesłuchania w okresie kampanii wyborczej w jakiejś dziwnej sprawie, wrażenie, że ktoś tu zaczyna niebezpiecznie przesadzać, pogłębiło się.

Atak na fundament demokracji – wolność obywateli i swobodę uczestniczenia w procesach demokratycznych, wydaje się być oczywisty. To co w III RP odbywało się poza wiedzą opinii publicznej, teraz zostało wywleczone na światło dzienne. Jedna z partii bez wahania wykorzystuje różne dostępne dla władzy środki, aby wygrać wybory. W uzasadnieniu używa argumentacji tak marnej, że wielbiciele Szkła Kontaktowego, siedząc przed telewizorem, z nerwów spadają z krzeseł, gryzą obicia foteli, albo wbijają paznokcie w lakierowane blaty stołów.

Odpowiedź inteligencji jest jasna. Bartoszewski grzmiąc o zagrożeniu dla kraju, wzbudza owację na stojąco. Studenci, dawni opozycjoniści, środowiska tej czy innej gazety znowu czują przypływ energii. Znowu mogą jednoczyć się w słusznej sprawie. I myślą: choć jest nas mało to dzięki zdwojonym wysiłkom pozyskamy dla naszej sprawy wielu niezdecydowanych. Bo przecież żaden normalny człowiek nie będzie obojętny, gdy ktoś próbuje ograniczyć jego wolność…

Ekhm… Są jeszcze oni, wyborcy tej jednej partii, choć od czasów wpadki z moherową koalicją głośno się o nich nie wspomina. Ludzie światopoglądowo ograniczeni, manipulowani przez to radio, którzy mają problemy z właściwym oglądem rzeczywistości, nieporadni i niedorośli do korzystania z demokracji. Właściwie byłoby ich odsunąć od głosowania, może schować dowód, ale inteligentowi to nie wypada. Alternatywą ma być więc jeszcze głośniejsze wołanie o wolność, o demokrację, o swobody obywatelskie i o uczestnictwo w wyborach.

Tylko na co ludziom, których przeraża relatywizm wartości, jeszcze więcej wolności? Na co komuś, kto żyje z opieki społecznej więcej demokracji? Na co komuś, kto chce twardych rządów więcej swobód obywatelskich? Przez prawie dwie dekady ludzie, którzy nie umieli lub nie chcieli skorzystać z transformacji, trafili na margines życia społecznego. Dla nich świat wolnego rynku kojarzy się głównie z brutalną i niesprawiedliwą samowolą, a idea społeczeństwa obywatelskiego z zamkniętymi osiedlami i sąsiadem co umiał szybko odnaleźć się w nowym ustroju. Gdy w końcu znalazł się ktoś, kto ów porzucony przez inteligencję i zwycięzców transformacji tłum potrafił nazwać i nadać mu tożsamość, gdy okazało się, że z taką siłą można wygrać wybory i zdominować parlament, inteligenci zaniemówili, zbledli i wybrali się na emigrację wewnętrzną. Gdy okazało się, że w nowym ustroju oni sami są niepotrzebni, a chwilowe odchylenie od normy zdaje się mieć trwałe tendencje, wpadli w panikę, a brak zaufania społecznego odebrali jako atak na siebie. Tylko czy rzeczywiście są tak bardzo niewinni jak by chcieli?

Prawdziwym problemem Polaków nie jest cyniczny szaleniec z mieczem sprawiedliwości, tubą propagandową, bulterierem i bezbarwną kompanią lizusów. Nie są nią też zaściankowość, prostota i wiara. Tym co niszczy Polskę jest brak zaufania tych, których nowy system przerasta, do tych, którzy mieli tyle szczęścia, wiedzy lub umiejętności, aby sobie w nowym świecie poradzić. I nie rozwiąże tego problemu straszenie dyktaturą, pisanie oburzonych artykułów i błyskotliwe insynuacje na temat głupoty co poniektórych Polaków. Ile razy bogaci i mądrzy pomyślą „nam jest dobrze, a przegrani niech sobie sami radzą”, tyle razy biedni i głupi wystawią im za to rachunek rękami tego, czy innego oszołoma. I co by nie mówić, w tym właśnie tkwi piękno demokracji…

Reklamy