Chyba bez echa przebiegła przez media wiadomość o tym, że Tomasz Węcławski zdecydował się opuścić Kościół Katolicki. Nikt publicznie nie wyrywał włosów z głowy, nie załamywał rąk ani, co jest niemal nagminne w zdarzeniach o znacznie mniejszej randze, nie odsądzał Węcławskiego od czci i wiary. A sprawa jest poważna. Węcławski nie był biernym uczestnikiem niedzielnych nabożeństw, trwającym w półśnie na każdym kazaniu. Nie był również katolikiem choinkowo-jajecznym. Był i jest znanym teologiem, o którego otarł się chyba każdy, kto choć marginalnie interesował się nauką o Bogu. Jego odejście od kościoła można natomiast zakwalifikować do zdarzeń o znacznie większej randze niż idiotyczne wypowiedzi pani Senyszyn, problem religii na świadectwie czy dyskusje na temat majątku księdza Rydzyka.


TW

Z punktu widzenia Kościoła Katolickiego, jeśli ktoś decyduje się na akt apostazji to pogrąża się jednocześnie w błędzie i na swojej życiowej drodze oddala się od Boga. Co jednak powiedzieć o człowieku, którego nauki i prace jeszcze niedawno (zanim rok temu zrezygnował z kapłaństwa) były wskazówkami co ma, a co nie ma być uznane za katolickie? Wszystko wskazuje na to, iż nie postradał zmysłów, a jego przekonania są wynikiem wieloletniej pracy i refleksji na tematy teologiczne. Skoro tak, to każdy katolik powinien w tym momencie stanąć przed poważnym problemem. Jeśli Węcławski nie ma racji, to dlaczego żaden światły umysł nie zdołał go przekonać do zmiany zdania. Jeśli Węcławski ma rację… to trudno nawet wyobrazić sobie konsekwencje takiej sytuacji.

Book

Węcławski dużo publikował. Jego książki można znaleźć w wielu katolickich domach (u mnie jest jedna). Tłumaczył teologię i ewangelię dorosłym oraz dzieciom. Każdy katolik, który usłyszał o akcie apostazji Węcławskiego stanie przed problemem, co z owymi książkami zrobić. Skoro jego rozumowanie zaprowadziło go na manowce, to może tam zaprowadzić również każdego, kto w teologii orientuje się słabiej niż on. Natomiast każdy katolik, który o akcie apostazji Węcławskiego nie słyszał powinien zostać uświadomiony, jakie zagrożenie (albo i nie) czai się w jego biblioteczce.

Tymczasem Kościół milczy. Żadnych wzmianek w prasie katolickiej poza jednym dotychczas artykułem w Tygodniku Powszechnym, skrytykowanym z resztą przez władze kościelne. Łatwiej przecież rozliczać polityków bez zasad niż wyciągać nieprzyjemne (choć ważne) sytuacje z własnego podwórka.

Węcławski prowadząc Pracownię Pytań Granicznych powtarzał, że „najbardziej interesujące rzeczy dzieją się na najdalej wysuniętych granicach poszczególnych nauk”. Mam wrażenie, że w Polsce teologia dzieli się na dwa rodzaje. Pierwsza z nich to teologia poszukująca, pełna wątpliwości, trudnych pytań i równie trudnych odpowiedzi, o której się milczy i która jest zarezerwowana tylko na hermetycznego kręgu wybranych. Druga to teologia prostych kazań pełna banalnych historyjek z morałem, rozumowań bez wielkiej troski o porządek logiczny (byle tylko wyszło na nasze) oraz manipulacyjnych sztuczek. W tej drugiej teologii wątpliwości są rzeczą nieludzką, poszukiwanie prawdy jest jednoznaczne z wpasowywaniem się w ogólnie przyjęty schemat, a do głównych problemów należy rozważanie, czy ksiądz podczas mszy powinien stać przodem, czy tyłem do wiernych.

Konsekwencją teologii frazesów jest pustka w głowach wiernych i ostatecznie walka na slogany o rząd dusz. Walka, którą Kościół w Polsce musi przegrać z otaczającą rzeczywistością.

Book1
Reklamy