Z napisaniem tego wpisu nosiłem się co najmniej rok, ale brakowało albo danych, albo przekonania, że komukolwiek się to przyda, albo czasu i chęci. Ostateczna decyzja o przelaniu przemyśleń i przekonań na papier zapadła tydzień temu, gdy przeczytałem na blogu „Niedowiary” pytanie (parafrazuję): „Dlaczego Kościół nie chce zaakceptować ewolucji?” W samym tekście odpowiedzi nie znalazłem, a do czytania komentarzy, których jest więcej niż 20, nigdy nie mam cierpliwości. Było nie było, jeśli osoby o tak szerokich horyzontach i wiedzy zadają takie pytania, to z pewnością nie będzie wielkim nadużyciem, jeśli udzielę na nie odpowiedzi. Nawet żyjąc w przekonaniu, iż ktoś tą pracę już pewnie wcześniej wykonał.

Z góry jednak uprzedzam drogi czytelniku, jeśli nie znasz odpowiedzi na powyższe pytanie może się okazać, że zostaniesz zmuszony do:

(a) ponadprzeciętnego wysiłku intelektualnego (uznawanego za bardzo niebezpieczną czynność w pewnych kręgach),

(b) gwałtownego przewartościowania swoich poglądów,

(c) ewentualnie dokonania mało przekonującej (innych) racjonalizacji (np. Dru’ się czepia) aby jakoś uratować spójność swoich przekonań.

Dalej czytasz więc na swoją odpowiedzialność…

Bóg stwarza świat.

God

Dla każdego szanującego się chrześcijanina nie ma wątpliwości, iż świat został stworzony przez Boga. Jednak judeochrześcijańska wiedza na temat boskiej interwencji w świecie na tym się nie kończy. Bóg nie stwarzał świata w sposób w jaki program komputerowy do generowania liczb losowych wytwarza kolejne dane. Nie wyprodukował więc kilku tysięcy, czy milionów całkowicie losowych wszechświatów, z których akurat (co najmniej) jeden stwarzał warunki do powstania życia. Zachowywał się jak umiejętny (doskonały) inżynier planujący skomplikowaną budowlę. Nic w swoim planie nie pozostawił przypadkowi. Dokładniej rzecz biorąc, każda rzecz stworzona przez Boga powstała w jakimś określonym celu. Kwiatki, wirusy, asteroidy, przyciąganie się ciał czy sprężystość gazów nie zostały stworzone dla siebie lub przez przypadek. Wszystko ma swoje zaplanowane miejsce i kwitnąc, przyciągając się, czy latając setki lat w kosmosie wypełnia postawiony sobie cel. Konsekwencją tego jest uporządkowanie świata nie tylko w zakresie powiązań pomiędzy poszczególnymi elementami, ale również w czasie. Świat do czegoś zmierza, Bóg w swym niezmierzonym rozeznaniu zna nie tylko przeszłość, ale i przyszłość, a o żadnych odstępstwach od przygotowanego porządku mowy być nie może. Nawet wolna wola człowieka w jakiś sposób wmontowuje się w ten istniejący plan. (por.)

Konsekwencje takiego celowego wszechświata są niezwykle rozległe. Bazuje na nim, w istotnej części, nauka o moralności. Np. celem aktu seksualnego jest płodzenie potomstwa. Usunięcie tego celu z samego aktu (uniemożliwienie jego zaistnienia) jest więc sprzeczne z wolą Boga i tym samym jest grzechem. Jasnym się staje dlaczego Kościół nie godzi się na prezerwatywy, a przymknie oko (w ostatecznej ostateczności) na Kamasutrę w biblioteczce.

Ewolucja stwarza świat.

Eve

W tym kontekście nie ma chyba bardziej kolącej w oczy katolickich teologów koncepcji naukowej niż teoria ewolucji. Wystarczy oddać głos Hoko na kilka słów by zapanowała jasność co do przyczyny konfliktu Kościół – ewolucjoniści: „Postęp ewolucji polega na kumulowaniu doraźnych zysków, które nie koniecznie są zyskami globalnymi, nie ma tu jakiejkolwiek dalekowzroczności, celowości czy planistyki.” Wszystko jest efektem nie tyle nawet przypadku, co dostosowywania się kolejnych pokoleń istot żyjących do warunków zewnętrznych i wykorzystywanie ich w swój własny krótkowzroczny sposób. (por. uwagi Komerskiego)

Mi osobiście ewolucja jawi się jako proces nieludzki(*). O ile zrozumieć jego zasadę jest łatwo, o tyle dość szybko można zapomnieć o jego istocie i dążyć do nadania mu cech jakie charakteryzują procesy związane z ludzkim działaniem. Łatwo popadam w rozumowanie, że skoro jakiś proces istnieje, to istnieje też jakiś kierunek (ku doskonałości) w którym on zmierza. Że skoro „nasza” ewolucja na ludziach i Rozumie się skończyła to i każda „inna” ewolucja na ludziach (lub humanoidach) się skończy.

Dla Boga w koncepcji ewolucji miejsca nie ma. A nawet jeśli jest, to nie dla doskonałego Inżyniera, który z przypisaną sobie skrupulatnością planuje swoją konstrukcję, gdzie wszystko działa jak w zegarku. Nawet jeśli przyjmiemy, że Bóg swoim tchnieniem rozpoczął proces ewolucji stwarzając pierwszego pantofelka czy amebę, to i tak nie mógł mieć absolutnie żadnej pewności, że to co dostanie, po upłynięcu odpowiedniej ilości czasu, będzie świadomą siebie istotą. Równie dobrze (i bardziej prawdopodobnie) mógł otrzymać jako ukoronowanie procesu „zaledwie” mrówkę, tyranozaura czy delfina. Bóg, który w koncepcji ewolucjonistów mógłby się zmieścić to bóg-naukowiec, który ustaliwszy kilka warunków wstępnych z zainteresowaniem obserwuje przebiegające w niekontrolowany sposób procesy.

Jeśli zaś ktoś (może ty czytelniku?), jest przekonany, iż Bóg tak wymodelował sobie świat fizyczny oraz proces ewolucji, aby ostatecznie jako ukoronowanie wszystkich jego wysiłków na ziemi pojawił się człowiek, to informuję uprzejmie, że jego poglądy podziela wielu kreacjonistów. Nie mogą być to aż tacy szaleńcy jak się o nich mówi w prasie. W końcu do kościołów w Polsce chodzą najzupełniej normalni ludzie.

Ewentualna nadzieja na święty spokój tkwi również w tym, że wystarczy odrobinę bałaganu w głowie i kilka racjonalizacji, aby Bóg i ewolucja w miarę pogodzeni spotkali się bezkonfliktowo gdzieś w meandrach naszego myślenia. No chyba, że szuka się prawdy… ale zapewniam, że sałatka owocowa jest smaczniejsza.

Reklamy