Tagi

,

Gdy sekretarka zapytała czy mam ochotę uczestniczyć ze strony uczelni jako obserwator matur zgodziłem się z radością okraszoną sentymentem. Wypełniłem druczek gdzie wpisałem moje stare liceum oraz matematykę jako przedmiot i pozostało mi oczekiwanie na potwierdzenie z OKE.

Przypomniał mi się ten gwar tuż przed egzaminem, mamy przygotowujące kanapki dla komisji, wszechobecne zdenerwowanie, umawianie się na przesyłanie ściąg czy uzgadnianie czasu (regulaminowego) wyjścia do toalety, aby porównać rozwiązania. Fajnie byłoby to przeżyć jeszcze raz, pomyślałem, tym razem siedząc po tej bezpiecznej stronie.

W pamięci utkwił mi też uczelniany przedstawiciel w komisji, dzięki któremu matura była jednocześnie traktowana jako egzamin wstępny. Siedział tam sobie, pytania zadawał i obżerał się tymi pysznymi kanapkami.

Auric Hand

Uzbrojony więc w pismo i palmtopa (jak by nudno było) stawiłem się w budynku lekko spóźniony. Woźnej o miejsce matur spytać się nie dało, bo w jej kantorku postawiono ksero do którego cisnęło się co najmniej kilkanaście osób. Zrezygnowany zapytałem przypadkowych uczennic (ładne, w tej kwestii niewiele się zmieniło) i ruszyłem szybko we wskazane miejsce. Wpadłem na komisję z dyrektorem w momencie wejścia do sali i z gorącym sercem, otoczony żywymi wspomnieniami, przedstawiłem się oraz opowiedziałem kim jestem. Tymczasem, pan dyrektor przywitał mnie z lodowatą uprzejmością. A gdzie chleb i sól? Gdzie kanapki? Gdzie chór dziewic witający dawno niewidzianego abiturienta? Dyrektor jedynie pouczył mnie, iż wchodzenie na salę z komórkami, sprzętem elektronicznym, torbami, czy siatkami jest zdecydowanie zabronione. Pamiętam człowieka jako młodego nauczyciela, który z flagą UPR w klapie pewnie poruszał się po wąskich korytarzach. ‚Z liberała urzędasem? Och ty, zdrajco!’ – pomyślałem sobie. Po umieszczeniu rzeczy zakazanych we wskazanym miejscu zostałem ulokowany w kącie sali uprzejmym dyrektorskim: A dla Pana mamy miejsce tam. Jad mu się z ust sączył, widziałem wyraźnie. Dwie godziny egzaminu pisemnego, siedem osób zdaje matematykę, nie wolno rozmawiać.

Auric Hand

Nauczycieli nie znam. Oni mnie też. Gapię się więc w akwarium, bo nic ciekawszego do roboty nie ma. Napowietrzacz buczy. Jeden z członków komisji prawie śpi i w zasadzie to jego walka ze snem zdaje się być najciekawszym fragmentem całego wydarzenia. Po trzech kwadransach absolutnej mordęgi decyduję się na opuszczenie sali. To już wolę „Złotopolskich” oglądać. Informuję przewodniczącą komisji o potrzebie opuszczenia sali, na co otrzymuję ciepłą odpowiedź, iż nie wolno, bo egzamin będzie unieważniony. Cenię swój czas, ale nie będę ludziom świństwa robił rzucając się do drzwi. Odchodząc zrezygnowany zręcznym ruchem zgarniam tablice matematyczne. Komisja krzywo się patrzy, ale awantury nie wszczyna. Za duży powstał by hałas. Przez następną godzinę odświeżam sobie wzory matematyczne, udowadniam oczywiste twierdzenia i rozwiązuję wymyślone naprędce zadania. W odruchu samoobrony zabrałem ze sobą jakieś nudne dokumenty i pióro dzięki czemu mam gdzie notować myśli. Na komisję nie patrzę, choć tego, że komisja intensywnie patrzy na mnie jestem pewien.

A miało być tak pięknie. Kanapki, wspomnienia, szeptane opowieści, chwile wzruszeń i małych radości. Tym czasem tylko zakazy, chłód i podejrzenia. Co się stało? (nie żebym się nie domyślał, ale dla lepszego efektu temat zostawiam na koniec)

Czas się kończy i po chwili ceregieli rozwiązania lądują w szczelnie zamkniętej kopercie, a my lądujemy w gabinecie dyrektora. Komisja o treści zadań dowie się z prasy.

Dyrektor równie uprzejmie co poprzednio pyta mnie o uwagi. Jakie ja mogę mieć uwagi? Że kanapek nie było? Że nikt mnie z radością do serca nie przygarnął? Dyrektor wspomina coś o tajnym protokole przygotowywanym przez poprzednich obserwatorów, listach jakichś i notatkach, co to pani z kuratorium (również obserwator) skrzętnie wypełniała. Patrzę na niego jak na wariata i walę otwarcie, że przyszedłem sobie szkołę pooglądać, co to ją od dekady nie widziałem i że mam ciekawsze rzeczy do roboty niż gapienie się w ścianę przez dwie godziny. Dyrektorowi trochę uśmiech się poszerzył, ale czy uwierzył w moją opowieść? Nie wiem. W końcu i były uczeń może robić za kuratoryjnego szpiega. Mnie fakty ułożyły się w zgrabną całość i zrozumiałem, iż zostałem uznany za ciemiężycielskie ramię nadzoru (że pedagogicznego, to już nikt nie wierzy). Potem jeszcze kilka uprzejmości, uścisk dłoni i zaproszenie na rok przyszły. Nie wiem czy skorzystam. Szkoda mi dokładać roboty administracji, a i wspomnienia bez takich wizyt się lepiej mają.

Reklamy