Bardzo dawno temu, za mało istotną ilością lasów, gór i rzek, żyła sobie dziewczyna o imieniu Marta. Wiodła ona zwyczajne, nie szczególnie wyróżniające się życie pełne posiłków, zakupów, sprzątań, bezsensownego wkuwania pojęć, a także refleksji na temat problematycznej natury tego świata.

Marta jak przystało na młody wiek była należycie urodziwa, nie dolegały jej żadne nieuleczalne choróbska, a poziom cukru i cholesterolu utrzymywały się w przyzwoitej normie. Miała jednak, zgodnie z naturą bajek, pewną niepokojącą przypadłość, która zdawała się jej uprzykrzać przeżywaną codzienność. Budząc się co rano, mianowicie, otrząsnąwszy się uprzednio z resztek snu, udawała się, jak to w zwyczaju młodych panien bywa do łazienki, gdzie zaglądając w lustro, obrzucała postać ujrzaną naprzeciwko smutnym spojrzeniem i mówiła niczym zaklęcie: „Boże, jaka ja jestem brzydka.”

Brak urody, w przypadku kobiet, ale i nie tylko, potrafi skutecznie uprzykrzyć życie. Sprzedawczyni w pobliskiej piekarni, rzeźnik (mieszczący się nieco dalej), a także kosmetyczka, fryzjerka, woźna w szkole oraz półtuzina pasażerów lokalnego autobusu (oraz kierowca) naigrywali się w głębi duszy z jej braku urody. Nikt nie traktował jej poważnie i z szacunkiem. Takie traktowanie jest wszak przynależne ludziom pięknym. Nikt też jej szczególnie nie lubił, a tym którym wymknęło się coś pozytywnego na temat jej wdzięków Marta nie wierzyła. Podejrzewała ich, zapewne słusznie, o ukryte, nieszczere intencje, ślepotę, brak gustu, albo co najmniej niedorozwój umysłowy stopnia lekkiego.
Należy, przy tym zaznaczyć, iż nie można powiedzieć, aby Marta o siebie nie dbała. Dbała bardzo (w granicach zdrowego rozsądku). Nie były jej obce mydło z wodą, żel pod prysznic, szampon, puder, balsamy do ciała, perfumy, lakiery do paznokci, a także okresowe wizyty u kosmetyczki. Ze wszelkich sił starała się ukryć swoją nienaturalną brzydotę i w chwilach dobrego humoru dochodziła do wniosku, iż udaje się jej to nie najgorzej.

Pewnego dnia, w porze późnego wieczoru, lub jak kto woli około północy w jej pokoju wydarzyło się coś co może się zdarzyć jedynie w bajkach. W okoliczną brzozę, ni stąd ni z owąd walnął piorun, z opon w samochodzie sąsiada w cudowny sposób zeszło powietrze, a drzwi balkonowe do pokoju Marty otworzyły się z umiarkowanym hukiem. Na scenie pojawił się Franciszek. Mężczyzna w ograniczonej sile wieku, z brodą sięgającą pasa (biała), szpiczastym kapeluszem, średniowiecznym płaszczem oraz barokowym rękodziełem ludowym o charakterze broni drzewcowej (laska).
Normalnie w takiej sytuacji ludzie wzywają policję, a wkraczający mężczyźni okazują się złodziejami, gwałcicielami, oszalałymi z miłości lub ostatecznie nieudolnymi praktykami skoków spadochronowych. Jednakże ze względu na charakter niniejszego dzieła Marta postanowiła podjąć z Franciszkiem zwyczajną konwersację.
‚O!’ zawołała lekko zmieszana zastanawiając się naprędce, czy jest już przebrana w piżamę, co czyniło by wizytę Franciszka, dodatkowo niestosowną.
‚Witam!’ rozpoczął Franciszek bezpardonowo, ale skądinąd oficjalnie. ‚Jestem Franciszek’ przedstawił się z imienia ‚dobry wróż’ dodał zawód. ‚To znaczy…’ zaczął pewnie lecz zakłopotał się w okolicy trzech kropek.
‚To znaczy?’ zapytała Marta.
‚To znaczy…’ kontynuował jałową rozmowę Franciszek tym razem odzyskując nieco rezon w okolicy znaku przestankowego ‚jestem dobrym opiekunem tej okolicy. Zaginając rzeczywistość wbrew regułom fizyki, sprawiam, że świat staje się lepszy.’ Pobieżna analiza stanu faktycznego wskazywała, że pracowitość nie należała do jego mocnych stron.
‚Oczywiście’, sprawnie kontynuował zanim napinające się mięśnie na twarzy panny zdążyły ułożyć się w wyraz powątpiewania ‚takie zaklęcia nie mogą być robione ot tak sobie. Muszą mieć wymiar wychowawczy!’ Patos w głosie i mało przekonujący imperatyw sugerowały, że Franciszek zanim został dobrym wróżem musiał mieć w życiu epizod w publicznej oświacie.
‚Obserwuję Cię od jakiegoś czasu i postanowiłem uczynić coś, co odmieni twoje życie. Od jutrzejszego wschodu słońca, aż po jego zachód’ tu wykonał zamaszysty ruch ręką, ‚będziesz mogła kształtować myśli wszystkich ludzi zgodnie ze swoją wolą. Każdy w podległej mi okolicy, będzie myślał zgodnie z Twoim życzeniem.’ pstryknął palcami dla większego efektu, dorzucił przekonujące spojrzenie i mruknął ‚A teraz śpij, moje dziecko’ i zniknął.
Zmożona magicznym snem Marta zdążyła jeszcze pomyśleć, że abstrahując od nienaturalnych zdolności, fajnie byłoby mieć na co dzień kogoś, kto sprawnie usypiał by nas przed północą.

Następnego dnia Marta obudziła się nadzwyczaj wcześnie. Była to z pewnością zasługa dobrego wróża, który położył do łóżka naszą bohaterkę o przyzwoitej jak na młodych ludzi porze. Zerwała się z łóżka i jak co dzień udała się do własnej łazienki, pełna (jak nie co dzień) nadziei.
Spojrzawszy w lustro rozczarowała się okrutnie i rzekła: ‚Boże jaka ja jestem brzydka.’

Reklamy