Warszawa ‘44
Zatem pod koniec wojny, w maju 1945 roku, było już absolutnie jasne, kto wygrał, a kto przegrał Powstanie Warszawskie. Głównymi przegranymi stali się polski rząd na uchodźstwie i jego Armia Krajowa. Zaryzykowali i nie udało się. Rząd stracił swoje ramię wojskowe i swoją główną bazę polityczną; Armia Krajowa straciła swoją podstawową zwierzchność polityczną.
Pośrednio – zachodnie mocarstwa, które straciły dobrą reputację państw prowadzących politykę opartą na etyce i sprawiedliwych układach. Złożyły Polsce gwarancję niepodległości, a potem patrzyły, jak ta niepodległość obraca się wniwecz. Zużyły wiele energii na retorykę „wojny o wolność i demokrację”, ale w tym przypadku nie stanęły na wysokości proklamowanych przez siebie zasad. Zaufanie Polski do Churchilla i Roosevelta okazało się bezzasadne.
Na krótką metę Niemcy znaleźli się wśród zwycięzców. Zagrożenie, jakim Powstanie Warszawskie stało się dla Wehrmachtu, zostało przezwyciężone; odcinek frontu na Wiśle trzymał się mocno przez pięć miesięcy, podczas których można było przeprowadzić obronę Rzeszy, a hitlerowcy zyskali przewrotną satysfakcję: udało im się dokonać tak kompletnego zniszczenia Warszawy, iż mieli poczucie, że zrealizowali program jeszcze jednego „ostatecznego rozwiązania”.
Ale bezapelacyjnymi zwycięzcami byli Stalin, Związek Sowiecki oraz komunistyczni klienci Stalina. Przed Powstaniem wydawało się jeszcze możliwe – a nawet prawdopodobne – że Stalin będzie musiał wejść w układ z rządem RP i z ruchem oporu z czasu wojny. Po powstaniu było już więcej niż prawdopodobne, iż żaden taki układ nie jest konieczny. Śmietanka polskiej patriotycznej i demokratycznej młodzieży, która w normalnych warunkach przejęłaby władzę po zakończeniu wojny, została wyeliminowana. Marionetki Stalina mogły teraz objąć rządy zamiast nich, nie zwracając uwagi na opinię publiczną czy na demokratyczne subtelności. Ustanowiono dyktaturę mającą trwać przez czterdzieści pięć lat.
Davies N. (2008) Powstanie 44, Kraków: Znak.
Gry niewolników.
Teoria wychowania, oraz psychologia mówią o różnorodności ludzkich potrzeb, charakterów, sposobów reakcji na otaczającą rzeczywistość postulując w konsekwencji konieczność indywidualnego traktowania każdego człowieka w zakresie wychowania, czy psychoterapii. Z tak rozumianą wyjątkowością, spośród tysięcy polskich uczniów, zapoznać się może jednak nieprzeciętna garstka. Zwykle są to wyjątkowi odmieńcy (od amoralnych chuliganów po zdumiewających geniuszy), o których ktoś (indywidualnie) postanowił się zatroszczyć. Cała reszta samodzielnie mierzyć się musi z absurdami codzienności.
System edukacji, korzystając z nieświadomej pomocy rodziny, ignorując kwestie wychowawcze i koncentrując się na opowiadaniu o wiedzy zgromadzonej w encyklopediach powoduje mimowolne kształcenie niewolników systemu – ludzi, którzy marnują swój potencjał czekając na lepszą przyszłość i marząc o wolności. Ci ludzie, uwolnieni, kompletnie głupieją, bo spotykają świat, na który nikt ich nie przygotowywał i którego istnienia nawet nie podejrzewali.
Mechanizm tworzenia niewolników zdaje się być prosty i żeby go uruchomić, wystarczy tylko młodego człowieka, z pewną ilością tak zwanego oleju w głowie i rodziców wierzących w naszą rodzimą edukację. Potem już samo leci.
Podstawowym samodzielnym spostrzeżeniem młodych ludzi jest to, że nauczanie (w szkole) jest najprawdopodobniej bezużyteczne. Przesłanek do wniosku dostarcza obserwacja, że sprawnie funkcjonujący w społeczeństwie tata lub mama znakomicie radzą sobie bez wymienienia jednym tchem wszystkich kości dłoni, miejsc uprawy ryżu w Azji Środkowo-Wschodniej oraz pamiętania co powiedział Kmicic na stronie 153 trzeciej księgi potopu (jeśli cokolwiek powiedział, bo pytanie może być podchwytliwe). Kolejne obserwacje prowadzą do przekonania, że poradzi sobie w życiu nie ten co słucha poleceń (teoretycznie) mądrzejszych od siebie, ale ten co umie tak kombinować, aby w ostatecznym rozrachunku wyszło na jego. Wiedza naprawdę przydatna w szkole to ta, jak znaleźć prawidłową odpowiedź wśród czterech możliwych na teście, jaką metodą odpytywania posługuje się nauczyciel i jak wycisnąć ze streszczenia wiedzę konieczną do zaliczenia sprawdzianu.
Opuszczając codziennie szkolne mury młody człowiek bogaty w przekonanie o bezsensowności własnej uczciwej pracy szkolnej stacza bój z rodzicami, którzy mając blade pojęcie na temat funkcjonowania szkoły wierzą, iż potrafi ona czegoś o życiu nauczyć i co gorsza, że owa nauka ma cokolwiek wspólnego z wystawianymi ocenami. Nasz młodzieniec jest w kleszczach systemu. Albo zgodzi się na realizowanie wymagań szkoły, których sensowność podważa, albo musi walczyć z całym otaczającym go światem dorosłych co samo w sobie dość szybko okazuje się tragicznie głupie. Pojawia się bierne (bez zgody) posłuszeństwo wobec otoczenia oraz ucieczka w swój własny świat.
Ów “własny świat” jako miejsce rozwoju indywidualności, rządzi się specyficznymi prawami. Po pierwsze nie ma w nim zwykle miejsca dla dorosłych i towarzyszy mu aksjologiczna próżnia gotowa do dowolnego zagospodarowania. Po drugie jest to świat drugiego obiegu, który w codzienności społecznej znajduje się zawsze na uboczu. Klub szachowy po szkole, książki Davida Lodge’a, władanie królestwem komputerowym i co tam jeszcze się zdarzy. Dostajemy więc przestrzeń własną , obojętną dla społeczności , do dowolnego zagospodarowania. Ten świat jednak staje się jednak glebą dla rozwoju filozofii życiowej na lata następne. Filozofii w wielu pojedynczych przypadkach niezwykle podobnej do siebie.
Ta wspólna filozofia to rozległa koncentracja na swoich potrzebach, wedle własnego najlepszego rozeznania. Wszystko jest “moje”, bo to “mój” świat, a jako ostateczne uzasadnienie wystarczy najczęściej “bo ja tak chcę”. Zdarza się uczniowi zeznawać, dlaczego nie jest przygotowanym do zajęć i żadne wytłumaczenie nie jest wystarczające. Ale rzadko kto go pyta dlaczego chodzi na kółko szachowe i najczęściej w zupełności zadowoli się wypowiedziami w stylu: “bo to lubię”, “bo tam czuję się dobrze”, “bo tam są fajni ludzie”. “Mój” świat jest traktowany przez innych w kategoriach relaksu i podnosi się na niego rękę, tylko, gdy pojawiają się “prawdziwe” problemy – czyli problemy szkolne. Ich istnienie to sprawa mocno indywidualna, co stanowi znakomite zarzewie codziennych konfliktów rodzice – nasz młodzieniec. Wypowiedzcie przed inteligentnym nastolatkiem zdanie: “Rodzice chcą dobrze, ale zupełnie nie rozumieją o w tym wszystkim chodzi”, a usłyszycie gorliwe potakiwanie.
Interesujące, że ta filozofia “mojego” świata, zawsze odgrywa istotną rolę przy wyborze kierunku studiów. Jest pewną opcją, obok której pojawiają się rady otoczenia sugerujące by wybierać to co da konkretny zawód, albo to po czym łatwiej będzie znaleźć pracę. Same studia jawią się jako pierwszy etap wolności i (wreszcie) możliwości realizowania siebie. Problem w tym, że nasz uczeń, póki co żyje marzeniami o wolności, kształcąc się przykładnie na posłusznego niewolnika. To co zobaczy za progiem będzie czymś innym niż świat z marzeń.
Porządne bycie wolnym wymaga intelektualnego zaplecza, z czym jeszcze młodzieniec sobie jakoś poradzi. Wymaga jednak całego zestawu cech, co do o których młodzieniec zaledwie wyobrażał sobie, że je ma. Siła woli czy to w formie samokontroli, czy realizowania celów, zorganizowanie, pewność siebie, odwaga to cechy charakteru, które w poprzednim życiu potrzebne były sporadycznie, a ich brak był źródłem drobnych niedogodności życiowych. Zamiast tego jest strach, obawa, niepewność siebie oraz wymagania, którym niezwykle trudno będzie sprostać…
Powodzenia po maturze!
Wolność i parówki.
Obserwując otaczającą rzeczywistość spostrzegamy czasem, iż zjawisko, które przyszło nam oglądać, nosi znamiona przypadku “typowego”. Jest to zdarzenie, które idealnie oddaje pewien sposób działania, czy myślenia i który w przyszłości może stać się podstawą do przeprowadzenia bardziej złożonych analiz lub sformułowania teorii. Ważne jest więc, aby taki przypadek szczegółowo opisać, polecając go swojej i cudzej pamięci.
Tło:
Nie od dziś wiadomo, że przeciętne stanowisko niehabilitowanego pracownika naukowego to oferta idealnie łącząca w sobie głodową pensję, brak społecznego szacunku i syzyfową pracę. Dzieje się tak z trzech powodów.
System, który służy do zarządzania uczelniami wyższymi jest czymś, co nazwał bym biurokracją “konkurencyjną”. Uczestnicy nieruchawego molocha ścigają się po kasę, przedstawiając dokumenty mające udowadniać setki różnych rzeczy, z których pewnie co dziesiąty ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Publikacja to, na przykład, coś co ma kilkanaście stron tekstu i zostało wydane. Co do treści, to biurokracja nie zna metod ich oceny, więc z właściwą sobie gracją ignoruje takie “pierdoły”.
Po drugie ludzie, którzy zarządzają owymi instytucjami nie mają (nie chcą mieć) bladego pojęcia jak biurokracja funkcjonuje. Myślą, że napisanie polecenia służbowego, w tej czy innej formie, sprawia, że rzeczy zaczynają się dziać zgodnie z intencją autora. Jednocześnie sami pewnie czytają setki takich rozporządzeń i podejmują działania kompletnie z intencjami autora niezgodne.
Po trzecie ci sami ludzie zarządzają nie z myślą: “jak osiągnąć (realizować) cel organizacji?” ale “jak dostać największą kasę?”. Nie jest to może niczym zaskakującym, ale w konsekwencji powoduje, iż ci, którzy mają za zadanie bezpośrednio realizować cele organizacji (szczebel najniższy), najczęściej znaczą niewiele więcej niż ścierka do podłogi. Biurokracja bawi się sama z sobą.
Cel:
Jakiś czas temu specjaliści różnych środowisk, w tym edukacyjnych, doszli do słusznego jak myślę wniosku, iż studiowanie powinno być związane z rozległą aktywnością studenta, który to w procesie nauczania powinien sam konstruować swoje wykształcenie poprzez dobór interesujących go przedmiotów. Ma to oczywiście zalety i wady. Jedna z zalet jest nie do przecenienia. Zmusza studenta do myślenia o tym, czego chce się nauczyć. Polska edukacja przyklasnęła temu rozwiązaniu (najpewniej zmuszona przez Unię Europejską) i zabrała się za realizację idei w praktyce.
Realizacja:
Po trafieniu takiej idei na uczelnię dokonał się następujący proces asymilacji. Na poszczególnych poziomach organizacyjnych kolejne jednostki ograniczały zasięg wyboru. Wydziały uznały, że wybór jest możliwy, ale wewnątrz wydziału, instytuty, że wewnątrz instytutów, a katedry, że wewnątrz katedr. Do tego doszło oczywiste wymaganie habilitowanych, aby wybór był, ale nie dotyczył ich przedmiotów. “Zupełnie” przypadkiem dokument regulujący wybór studenta mówi jedynie o 30% zajęć, które powinny być do wyboru w toku studiów.
W ostatecznej więc wersji, na poziomie regulacji biurokratycznej, studenci mogą wybierać, ale tylko w przypadku przedmiotów specjalnościowych (w obrębie katedry) prowadzonych zwykle przez magistrów i doktorów.
Uznano więc, aby jakoś ideę w życie wprowadzić, że każdy wykładowca prowadzący przedmiot specjalizacyjny, musi przygotować program prowadzenia drugiego (dodatkowego) przedmiotu, z jego celem, tematyką i treścią, a następnie przedstawić je studentom do wyboru.
Ów prowadzący, tu dochodzimy właśnie do poziomu ścierki do podłogi, któremu mniej więcej co kilka lat, bez większego składu i ładu, wymieniają się wszystkie przedmioty, został postawiony pod ścianą. Musi on wykonać pracę polegającą na dokształceniu się w jakiejś dodatkowej dziedzinie, sformułowaniu celów przedmiotu, przygotowaniu materiałów i projektów ćwiczeń, przeglądnięciu literatury oraz określeniu warunków współpracy i zaliczenia. Uczciwie licząc dwa lata na przygotowania i trzy lata na dopracowywanie w trakcie realizacji. Teraz musi to przemnożyć razy trzy, bo ma trzy przedmioty. Wszystko to ma wykonać w ciągu jednego roku, nie licząc na żadne dodatkowe pieniądze oraz zmianę aktualnie posiadanych obowiązków. Ponad to musi wskrzesić w sobie niezwykle silną automotywację, ponieważ nikt nigdy nie zwróci uwagi na to, czy pracę tą wykonuje, czy nie. Całe te wstępne sześć lat pracy, skomasowane do jednego roku, musi wykonać licząc się z tym, że istnieje 50% szans, że ów przedmiot zostanie wybrany, a także jest prawie pewne, że w ciągu pięciu lat zniknie on z siatki godzin, albo zostanie przekazany komuś innemu. Poświęca więc życie rodzinne i sen, aby dobrze wykonać obowiązki. Jeśli przeżyje i wykona pracę zgodnie z oczekiwaniem, nikt mu nawet nie powie “dziękuję” (choć o kilkanaście złotych wzrośnie dodatek za staż pracy).
Może też zaproponować do siatki zajęć, jako dodatkowy, przedmiot o innej nazwie niż ten, który już prowadzi, ale o dokładnie takiej samej treści. Może tak zrobić, bo treść, jak wiemy, nie jest dla biurokracji istotna. Cóż więc zrobi, jeśli nie jest mitycznym półbogiem mającym zdolność zaginania biegu czasu?
Efekty:
Idea “wolnego wyboru studenta” została więc sprowadzona na najniższy poziom i idealnie rozmyta. Nie zostało z niej absolutnie nic. Widać tu perfekcję funkcjonowania biurokracji, o której niektórzy śmieli twierdzić, że doskonała nie jest. Nawet parówki z hipermarketu po procesie produkcji i wzbogacania substancjami dodatkowymi posiadają w sobie ostatecznie jakieś mięso. Tymczasem zewnętrzna idea wprowadzona do biurokracji staje się doskonałym wrakiem po brzegi wypełnionym papką procedur.
Niby człowiek ma wrażenie że stoi w obliczu pewnej tragedii, nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to tragedia doskonała.
aczy
Co to jest prawda?
Rodzinne śniadanie w niedzielny poranek.
Osoby: Mama, Tata, Kuba (l. 3).
M: I jak tam było w “Rogatej” wczoraj wieczorem z Kubą [innym niż powyższy]?
T: A super… posiedzieliśmy przy piwie, pogadaliśmy sobie… ucięliśmy sobie dyskusję o prawdzie. Wreszcie można sobie z kimś normalnie porozmawiać…
M: Świetny temat do piwa…
T: Pewnie. Prawda to dobry temat na rozmowę… Kuba, powiedz, co to jest prawda?
K: Że ja kocham ciebie… że ty kochasz mnie, tatusiu.
…
Ojciec marnotrawny.
Norman Price, urwis w bajce o strażaku Samie to łagodna wersja szwarccharakteru z filmów dla doroślejszej publiczności. Norman spędza czas głównie na płataniu psikusów, próbach uniknięcia za nie odpowiedzialności, a następnie (mimo wszystko) płaceniu w łagodnej formie za wyrządzone (pół)umyślnie krzywdy. Służy on całym sobą kształtowaniu wyidealizowanych postaw u realnych dzieci, co czyni go w jakimś sensie postacią szczególną. Norman jest wyjątkowy jeszcze pod jednym względem – ma mamę. Żaden inny bohater tej bajki nie może się poszczycić taką formą bliskości.
Matka Normana, można się domyślać, nie znajduje się tam przez przypadek. Ma do spełnienia ważną rolę – jest uzasadnieniem. Nie można zrozumieć (zdaje się mówić twórca) zachowania Normana, bez przyglądnięcia się pani Price – apodyktycznej egoistce ze skłonnością do wymądrzania. Norman jest owocem jej wysiłków wychowawczych. W tym świecie wariactwo rodzi wariactwo, złośliwość złośliwość, a dobro dobro. Norman jest odpowiedzią na pytanie “Skąd bierze się zło?”, choć należy pamiętać, że tak Normanowi jak i jego matce ciepłego serca ostatecznie nigdy nie brakuje.
Nie wszyscy są, aż tak wymagający. W innych tradycjach (judaizm?) zło bywa raczej osiągnięciem indywidualnym, a kontekst ma znaczenie niewielkie. Samo oderwanie od świata, zerwanie więzi z różnymi postaciami dobra skutkuje fatalnie. Źródłem zła stają się duma, upór i samowola jednego człowieka.
Z tym rozumieniem świata bardzo dobrze komponuje się syn marnotrawny – zwyrodnialec, który pomimo wszechogarniającej i doskonałej miłości ojca decyduje się na podążanie drogą zła. Za nim podąża cały zastęp niewdzięcznych dzieci oraz (od święta) niedoceniających rodziców.
Rozważać wyższość jednej koncepcji nad drugą, jest sprawą żmudną i ostatecznie raczej bez wielkiej wartości. Dość przyglądnąć się konsekwencjom patrzenia na świat przez pryzmat doskonałych ojców niedoskonałych dzieci. W świecie, w którym zło rodzi się i tkwi w jednostce dużo łatwiej rozgrzeszać się wszystkim innym. Sprawca jest samotny i bezwzględnie winny. Jego działania, które nie mają swego uzasadnienia w otoczeniu mogą być jednoznacznie ocenione z zewnątrz, a następnie obarczone stosownym zadośćuczynieniem. W łaskawości swojej społeczność może dokonać aktu wybaczenia, co jest spotkaniem winnego z niewinnym. Jest to więc czynność jednostronna, a sprawca obarczony łaską może się co najwyżej wykupić, ale nigdy, choćby częściowo usprawiedliwić z kontekstu. Brzemię doskonałej łaski, jest tym co go nie opuści, aż do zmiany paradygmatu.
Takie spojrzenie na świat zachęca do rozliczania i szukania winnych, a mniejszą wagę przykłada do porozumienia z bezpośrednim sprawcą. Sprzyja też pokusom chowania się za prawem w celu uniknięcia odpowiedzialności i odsunięcia od siebie winy.
W ten nurt bardzo dobrze wpisuje się zjawisko “wielokrotnego obarczania winą”, które nauczyciele, księża oraz i inni rozdający wychowawcze karty wykorzystują w celu zaprowadzenia porządku w procesie edukacji. Będąc nastoletnią nadzieją społeczeństwa wielokrotnie znajdowałem się w sytuacjach, w których przekonywano mnie o bezwzględnej odpowiedzialności za różne sfery mojego życia. Nie odrobiłeś zadania – wstydź się. Nie pomogłeś koledze – wstydź się. Zapomniałeś o modlitwie – wstydź się. Masz brak motywacji – wstydź się. Obecnie zaliczając się do grona rodziców trafiam czasem na drugą część tej samej gry: Twoje dziecko nie odrobiło zadania – wstydź się. Twoje dziecko zapomina o modlitwie – wstydź się. Twoje dziecko jest leniwe – wstydź się. Tania zagrywka pedagogiczna stosowana przez sprytnych, a bezsilnych pedagogów. “Dziel i rządź” jak mawiali Rzymianie. Co równie sprytni rodzice i uczniowie stosują tą metodę w stosunku do nauczycieli i tak bezproduktywne koło zwalania winy się zamyka.
Niewinność ojca marnotrawnego syna jest co najmniej podejrzana, albo też relacja jaka występuje między nim, a synami nie jest relacją wychowawczą. Niechże ci, których ta metafora inspiruje do działania odpowiedzą sobie sami…
Terapia strachem.
Wychowanie poprzez wzbudzanie strachu ma długą tradycję i z biegiem lat nie traci na popularności. Przyjmuje ono różne formy i w zasadzie, nadaje się do zastosowania w każdych warunkach. Nauczyciel gimnazjum opowiada o tym jak to trudno będzie w liceum. Rodzic straszy przedszkolaka wilkami chodzącymi w nocy po ulicach. Dorosły roztacza przerażające wizje “prawdziwego” świata nastolatkowi. Wtedy to dopiero zobaczysz!, Tam już nie będzie pobłażania!, W końcu dowiesz się jak to jest w rzeczywistości! słyszą ludzie i próbują dociec, co jest tego celem.
Metoda.
Metoda wychowania poprzez strach polega na przedstawieniu drugiej osobie wizji świata, który rzekomo się zna. Przedstawienie to musi być negatywne, co bardzo często domaga się wizji subiektywnej i nierealnej, wzbogaconej o elementy, których ofiara się boi. Możliwości są tutaj rozległe, a najprostszą jest straszenie nieznanym z pozycji wiedzy: “Tam jest strasznie. Ja to wiem, bo sam już tego doświadczyłem (lub: bo znam się na tym).” Odróżnia to tą metodę od uczenia poprzez opis rzeczywistości. Edukacja pełna jest sytuacji, w których celem nauczającego jest możliwie obiektywne (intersubiektywne) zapoznanie wychowanków z rzeczami, których poznać bezpośrednio nie mogą. Czym innym jest jednak opowiadanie o gwiazdach w sposób (dajmy na to) naukowy, a czym innym roztaczanie wizji nieba spadającego na głowy.
Do tego konieczna jest niemożność weryfikacji informacji przez straszonego. Człowiek nie może na podstawie własnego doświadczenia rozstrzygnąć, czy to co mówi straszący jest zgodne, czy niezgodne z rzeczywistością. Jest to jednocześnie granica metody. Nastolatka trudno straszyć potworami wypełniającymi ulice po zmroku, właśnie dlatego, że on wie jak po zmroku wyglądają ulice.
Korzyści pedagogiczne.
Chociaż metoda w działaniu wybiega czasem w odległą przyszłość, jej zyski są zdecydowanie bardziej krótkowzroczne. Celem tej metody jest wymuszenie posłuszeństwa w teraźniejszości, sparaliżowanie ofiary i wzbudzenie poczucia niepewności. Niepewność ta odnosi się przede wszystkim do ofiary, do jej własnych zmysłów i rozeznania w świecie. Straszący mówi: Ty nie wiesz – jesteś w jakiś sposób upośledzony. Ja wiem. Oddaj mi siebie i rób to co Ci polecam wtedy nie będziesz musiał się bać. Jeśli więc doświadczasz terapii strachem, o pełnym rozwoju osobowości nie masz co marzyć.
Efekty ostateczne.
Ostatecznym efektem odpowiednio rozległej formy tego rodzaju działania jest pełne ubezwłasnowolnienie człowieka. Zaszczepienie bezradności w jego działaniach i myślach, a w odpowiednich warunkach podkopanie rozeznania co do własnych intencji. Ofiara jest bezradna i zdana na łaskę wiedzącego. Staje się jego dobrowolnym niewolnikiem w obawie przed nieznanym. Boi się nawet siebie.
Obrona z efektów.
Obrona wcale nie jest łatwa. Ucieczka od straszącego nie usunie zasianych ziaren niepewności. Każde potknięcie zawsze może być interpretowane jako dowód na potwierdzenie tez straszącego, a potyka się przecież każdy. Konieczne jest przywrócenie w umyśle pewności w stosunku do samego siebie. Zaufanie sobie, można by rzec. Gdy spotykają się wizje świata – własna oraz zewnętrzna (rzekomego) eksperta – ekspert zawsze ma nie dającą się usunąć przewagę – może wiedzieć coś więcej, co przed nie-ekspertem pozostaje zakryte.
Obroną jest uświadomienie sobie, iż tego rodzaju nauczanie dla kogoś, kogo celem jest nasze dobro jest kontrefektywne. W wyniku terapii strachem dostajemy bezmyślność i bezradność, a to jest nie do pogodzenia z naszym osobistym dobrem (przynajmniej w naszej kulturze). Człowiek stosujący więc tego rodzaju metody jest albo głupcem, albo manipulatorem i jako taki na przewodnika nie nadaje się wcale.
Posłowie.
Pozostaje pytanie, co w przypadku nieweryfikowalnych wizji, które same w sobie są przerażające. Weźmy dla przykładu taką apokalipsę ze spadaniem gwiazd i smokami w roli głównej. Moje pytanie w kontekście powyższego wywodu brzmi: a czemu to ma służyć?
Czy okradną Ci mieszkanie?

Rzucone wyzwanie w dzisiejszych czasach to już nie to samo co obrzucanie się metalowymi rękawicami przez naszych pradziadów. Niemniej nie można przejść obojętnie, gdy wyzywa Hoko. Jeszcze zlikwiduje talony na wczasy do Kociomruczków i dopiero będzie…
Zeen swoim komentarzem wyraził wątpliwość co do sensowności takiej ankiety. Zamierzam go (innych również) przekonać, iż ankieta ta została stworzona przez wyjątkowo przemyślnych złodziei mieszkań i domów, a jej celem jest przede wszystkim określenie kiedy odpowiadający przebywa w miejscu zamieszkania oraz czy posiada tam cokolwiek wartościowego.
A więc zaczynamy…
O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Każdej. Chęci mają tu niewiele do powiedzenia. Liczą się możliwości…
Pytanie ma na celu wybadanie, kiedy przebywamy w domu lub też co robimy w pracy. Jeśli ktoś chętnie czyta do południa znaczy się, że albo obija się w pracy (biedny), albo ma czas nienormowany – znaczy się w każdej chwili może wrócić do domu.
Gdzie czytasz?
Najchętniej w poczekalniach wszelkiego rodzaju, autobusach i miejscach w których jest nudno. Nieco mniej chętnie we wszystkich innych miejscach.
I już pytający wie w jakich miejscach przebywamy najczęściej.
Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?
Na boku. Na brzuchu zaraz zasypiam, a na plecach trzeba cały czas trzymać książkę w rękach.
Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
W których autor ma coś sensownego do przekazania i robi to w sposób treściwy. Stąd po powieści sięgam rzadko.
Jeśli znajdzie się coś z filozofii (lub pokrewne) znaczy to, że mamy do czynienia z biednym intelektualistą. Odpowiedzi w rodzaju „książki o modzie”, „książki o samochodach”, „książki amerykańskich guru biznesu” rokują nadzieję na jakiś ruchomy majątek.
Jaką książkę ostatnio kupiłeś?
U. Eco, „O literaturze.” Podążając za impulsem wypadłem lepiej niż Hoko. ![]()
Rozwinięcie poprzedniego pytania (podobnie następne). Kupił w „Taniej Książce” znaczy, że biedak, kupił wypasiony album o papieżu – znaczy ma kasę.
Co czytałeś ostatnio?
Wiedźmina.
„Biurokrację” Misesa (i niech ktoś jeszcze powie, że Internet nie jest wspaniały).
Różności (fragmenty) Webera i Fayola.
Co czytasz aktualnie?
Kuleszy „Ideologie naszych czasów”
wspomnianego Eco
Harrisa „Thather”
i kilka książek które czytam już od lat kilku odkładając co rusz na kilka miesięcy i wracając do nich ponownie, min. Gaudowej „Powszechność i wyjątek”
Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
W przypadku książek zakładam czym bądź (jak Hoko), albo przypominam sobie na czym skończyłem. Przy odpowiednim poziomie nieporadności i nieustannym zamykaniu książek, automatyczne zapamiętywanie gdzie się skończyło jest niezwykle przydatne.
W przypadku książek drukowanych samodzielnie, a takich mam coraz więcej, przeczytane kartki odkładam na jedną półkę.
Odpowiedzi w rodzaju: „Mam wyjątkową zakładkę, taką specjalną, antyczną, przywiezioną przez męża z Tybetu” to, jak precyzyjnie widać, ściąganie sobie na głowę kłopotów.
Co sądzisz o książkach do słuchania?
Wertowanie jest w nich utrudnione. To je zdecydowanie wyklucza.
Obiekt słucha audiobooków – znaczy, że często przebywa poza domem.
Co sądzisz o e-bookach?
Piękna rzecz. Najciekawsze rzeczy zdobyłem właśnie w formie ebooków. Ostatnio jednak nauczyłem się je drukować. Nie umiem szybko czytać z ekranu, a poza tym oczy minie bolą. W ogóle zakładanie, w dobie drukarek, iż ebook jest możliwy do czytania tylko bezpośrednio z ekranu jest co najmniej dziwne.
Jeśli ktoś lubi ebooki znaczy, że rzadko wybiera się na zakupy, czyli dóbr ruchomych ma niewiele.
Na wyzwanie odpowiedziałem, teraz oczekuję napadu rabunkowego. Nie wyzywam nikogo, nie chcę mu ściągać nieszczęść na głowę. Hmm… a może defendo? Kicz jest ostatnio nie wyszedł, więc i może z tego zestawu pytań wykrzesa małe dzieło sztuki.
Na koniec zadałem sobie trochę trudu i brnąc przez blogi o książkach, modzie i szydełkowaniu dotarłem do jednej z pań, która ten łańcuch sprowadziła do Polski z pobliskich Niemiec. Jak się domyślam (po ilości odpowiedzi z google) nie ona jedyna. Myśl mam taką, że jako hokopokowiańczycy powinniśmy wymyślić własny łańcuszek, który oplecie cyberprzestrzeń, a potem będziemy z lubością obserwować jak inni męczą się odpowiadając na wymyślone przez nas pytania.
Prorok Lebioda.
Powiada prorok Lebioda: zaprawdę, ubogiego datkiem wesprzyj. Ale miast dać ubogiemu całego arbuza, daj mu pół arbuza, bo się gotowo ubogiemu we łbie przewrócić od szczęścia. Mówi dalej prorok: jeszcze lepiej zaś dać ubogiemu ćwierć arbuza. A najlepiej sprawić, by to kto inny dał ubogiemu arbuza. Albowiem zaprawdę powiadam wam, zawsze znajdzie się taki, kto ma arbuza i skłonny jest nim obdzielić ubogiego, jeśli nie ze szlachetności, to z wyrachowania albo dla inszego pozoru.
Rzekł razu pewnego do proroka Lebiody uczeń jego: naucz mnie, mistrzu, jak mam postąpić? Zapragnął oto bliźni mój mego ulubionego psa. Jeśli oddam ulubieńca, serce pęknie mi z żałości. Jeśli zasię nie oddam, będę nieszczęśliwy, bo skrzywdzę bliźniego odmową. Co czynić?
Czy masz, spytał prorok, coś, co kochasz mniej niż psa ulubieńca? Mam, mistrzu, odrzecze uczeń, kota psotnego, szkodnika utrapionego. I w ogóle go nie kocham.
I rzekł prorok Lebioda: Weźmij cnego kota psotnego, szkodnika utrapionego, i podaruj go bliźniemu twemu. Podwójnego wonczas zaznasz zasię szczęścia. Kota się pozbędziesz, a bliźniego uradujesz. Albowiem najczęściej tak jest, że bliźni nie podarku pragnie, lecz być obdarowanym.
Dobra księga.
Wiara w zero.
Powiedzenie, w kontekście wiary w Boga (bogów), że zero nie jest jakąś wyjątkową liczbą pośród innych, wydaje się na pierwszy rzut oka trafnym prztyczkiem w ateistyczny nos. Jednak czy na pewno zero nie jest wyjątkowe? Toż to produkt arabski, zapewne rzucony na Zachód, aby zniszczyć moralnie naszą cywilizację…
*
Wyobraźmy sobie, że wierzysz, iż istnieje tajemniczy bóg Komerou, który wymaga od każdego człowieka, aby co najmniej raz w tygodniu zjadł dobrze przyprawione golonko i popił je dwoma kuflami piwa, w innym wypadku zsyłając na niego nieszczęścia. Czy to w jakiś sposób wpłynie na Twoje działanie? Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż do owego polecenia się zastosujesz, nawet jeśli golonko nie należy do Twoich ulubionych dań.
Wyobraźmy sobie dalej, iż istnieje równie tajemniczy bóg Hokito, który zapewnia długotrwałe szczęście jeśli co jakiś czas przeczytasz filozoficzną książkę i pod żadnym pozorem nie będziesz wciskał kotom miodu.
Weźmy kolejnego boga Pakona żądającego regularnych wizyt w operze i może jeszcze Torlanda oczekującego corocznego zwiedzania miasta bogatego w perełki architektoniczne i przyjaznej dyskusji na kontrowersyjne tematy przy szklaneczce czegoś wyskokowego.
* *
Pierwszą różnicą jaka istnieje w przypadku wiary i niewiary w tajemniczą czwórcę jest to, że wykonujesz pewne czynności z powodów, których związek z samą czynnością jest co najmniej niejasny. Oczywiście filozofowie do dzisiaj nie mogą dojść do ładu ze strukturą działania, powodami i przyczynami niemniej istnieje jakaś różnica między zjadaniem golonki z przyjaciółmi pod wpływem głodu i chęci spędzenia miło czasu, a wykonywaniem tej samej czynności powodowanej zapewnieniem sobie wiecznego szczęścia. O ile istnieje możliwość zbadania i opisania w jaki sposób golonka zaspokaja głód, o tyle nie istnieje możliwość opisania wpływu golonki na wieczne szczęście. Choć pewnie nie trudno będzie nam znaleźć argumentującego za tym ostatnim.
Po drugie ateizm w swojej najczystszej postaci nie wymusza reakcji. Co ostatnio zrobiłaś w związku z tym, że nie wierzysz w Hokito i Torlanda? Jeszcze chwile temu nie wiedziałaś, że podawanie kotom miodu może stać na przeszkodzie szczęśliwemu życiu. Nie chodziłeś i nie zachęcałeś do niewiary w Pakona. Nie opisywałeś jak wpływ nieistnienia Komerou odmieni świat. Ateizm nie oferuje niczego, nie zachęca, nie wymaga i nie obiecuje. Oczywiście można z ateizmu zrobić ideologię, tworzyć listy ateistów, pisać książki, argumentować, wyśmiewać, itd. Jednak w najczystszej postaci ateizm jest prostym stwierdzeniem, że coś (ktoś) nie istnieje. Nie ma Komerou. Nie ma Hokito. Nie ma Pakona. Jestem głodny. Mam golonkę i miód… może uda się coś z tego upichcić?
* * *
Faktem, który może podważyć tego rodzaju rozważania jest to, że świadomy ateizm zawsze jest decyzją odrzucenia czegoś i to decyzją o przebiegu bardziej skomplikowanym niż odrzucenie w tej chwili Torlanda, o którym przed momentem napisałem. Musi istnieć jakaś wiedza na temat Boga, aby można było ją odrzucić. Trudno mówić o dwuletnim dziecku, że jest ateistą – ono jeszcze nie zdecydowało kim jest. Podobnie większość ludzi nie zdecydowała (jeszcze) czy zostanie wyznawcami Hokita.
Niemniej, czy czystym (jeśli można go tak nazwać) ateizmem nie jest właśnie nieświadomość pewnych faktów? Czyż najbardziej ateistycznym nie będzie człowiek na którego działania nie mają wpływu konsekwencje istnienia Boga? Czyż nie jesteśmy atorlandami i apakonami? Czyż wszyscy, którzy nie przeczytali tego tekstu nie są nimi również?
Można wyobrazić sobie ateizm nie będący antyteizmem. Ateizm, którego jedynym wnioskiem jest to, że człowiek jest sam i sam musi sobie radzić na tym świecie. Tego rodzaju ateizm ma się zresztą bardzo dobrze w rozmaitych dziedzinach naszego życia. Nowoczesne społeczeństwo jest w taki ateistyczny sposób zorganizowane – istnieje nie przeciwko Bogu, ale zupełnie ignorując jego istnienie…
ale o tym za czas jakiś, choć temat ostatnio nieznośnie mi umyka.
Schemat organizacyjny.
Zasadnicza Wyższa Szkoła Zawodowa.
Katedra Nepotyzmu Stosowanego.
Zespół Wspólnych Publikacji.
Zespół Szybkiego Awansu Zawodowego.
Katedra Marnotrawienia Funduszy.
Zespół Kreatywnej Księgowości.
Zespół Bezwartościowych Projektów.
Instytut Wykorzystywania Władzy Administracyjnej.
Zespół Grabienia do Siebie.
Katedra Intensywnej Pracy Naukowej.
Zespół Nawiedzonych Naiwniaków.
Instytut Plagiatu Bezpośredniego.
Instytut Powielania Jednego Artykułu.
Zespół Nieistniejących Konferencji.
Zespół Ekonomiki Punktów za Publikację.
Instytut Badań Nierzetelnych.
Katedra Teorii Nieaktualnych.
Instytut Wykładów Niezmiennych.
Zespół Monotonnego Głosu.
Instytut Bełkotu Naukowego.
Instytut Kultywacji Wiedzy z Poprzedniej Epoki.
Zespół Wykładów z Jednej Książki.
Katedra Kierunków Kreatywnych.
Instytut Krzyżowania Dziedzin.
Zespół Matematyki Humanistycznej.
Zespół Biologistyki.
Zespół Wrzecion Cyberhipnotycznych.
Zespół Modnych Trendów.
Zespół Wiedzy Wszelakiej.
Zespół Kierunków Podprofesorskich.
Katedra Kształcenia Studentów.
Instytut Nauczania Bez Zrozumienia.
Instytut Kucia Pamięciowego.
Zespół Zwalania Winy na Innych.
Instytut Nieróbstwa i Demoralizacji Studentów.
Katedra Rozwoju Kadr.
Zespół Rzucania na Głęboką Wodę.
Instytut Permanentnej Rotacji Zajęć.
Instytut Przypadkowego Tworzenia Pensum.
Zespół Zadzierania Nosa po Awansie.
Instytut Trwania do Emerytury.
Sadyzm dla dzieci w abonamencie.
Gdyby zrobić quiz wśród mieszkańców Polski co jest o godzinie dziewiętnastej w “Jedynce” gotów jestem się założyć, iż trafność odpowiedzi była by większa, niż przy pytaniu o imię naszego premiera. Wielu dzieciom (a pewnie i rodzicom) trudno sobie wyobrazić proces układania się do spania bez »Dobranocki«. Fakt ten stanowi bez wątpienia pewien kapitał dla TVP, a jednocześnie zobowiązanie jakim jest dla telewizji z misją troska o małoletnie umysły. Myli się jednak ten kto myśli, że bajki na dobranoc to program niewinny, prowadzony przez bezstronnych pracowników z troską o dzieci. To co wyczyniało się w okolicy godziny 19 w TVP1 przez poprzednie półtora roku, kiedy to zacząłem się tym tematem interesować, przechodzi rodzicielskie pojęcie.
Początkowo problemem było samo rozpoczęcie Dobranocki. Odruchowe włączenie telewizora “punkt siódma” kończyło się aplikacją serii reklam, które może na rodzicach robiły słabe wrażenie, ale na samych dzieciach już nie. Lalki, jajka, czekoladki i soczki wlewały się nachalnie do mieszkania i nawet wyłączenie fonii dawało efekt niewielki. Kończyło się zwykle przełączeniem programu, co jednocześnie stwarzało ryzyko utraty części bajki. Ostatecznie jednak jakiś rozeźlony rodzic z właściwego urzędu zrobił porządek z tym zjawiskiem i na swoje miejsce wróciły nudne gospodynie domowe zachwalające cudowne płyny do ubikacji i żele do kafelek.
Żądni kasy panowie nie postanowili jednak złożyć broni. Rozpoczął się handel samymi bajkami. Nie od dziś wszak wiadomo, że to co dziecko zobaczy w telewizji to i chętniej kupi. Wartości wychowawcze i edukacyjne poleciały więc ostatecznie w kąt i z telewizji zniknęło to co przedstawiało wysoki poziom, a zadowolono się przeciętną bylejakością. Dokonano, tego zresztą w sposób brutalny, bo jak wytłumaczyć (dziecku) zmianę całkiem sensownej ramówki z poniedziałku i wtorku po zaledwie trzech tygodniach emisji. Środkiem tygodnia zresztą TVP żongluje dość swobodnie mając oczekiwanie dzieci do stałości i ich dobro dokładnie tam gdzie i całą swoją misję.
Stały jest natomiast weekend, bo i tam są pewnie największe pieniądze. To co się dzieje w piątek i sobotę rodzi dziką agresję nie tylko w dzieciach, ale z pewnością i w co uważniejszych rodzicach. Pozycje te nie zmieniają się chyba od lat. Piątek to głupie, beznadziejnie wykonane, bezsensownie brutalne i bardzo często nie mające nic do przekazania Smerfy*. Następny dzień natomiast powinno się reklamować jako Sadystyczną Sobotę. Przedpotopowy zestaw trzech bajek Disneya to unikalna kombinacja przemocy i debilizmu. Dość powiedzieć, że ostatniej soboty w przeciągu dwudziestu minut zafundowano dzieciom grę na kocie poprzez naciąganie mu ogona, przywiązywanie kota (kolejnego) za ogon do krzesła, morzenie głodem za karę, plucie po twarzy, duszenie i celny rzut ziemniakiem w ptaka zakończony wyraźnie ukazaną radością myszki Miki. Sam do końca życia nie zapomnę sceny sprzed kilku miesięcy jak wspomniany Miki obcina nożyczkami kolana swojej ukochanej w rytm wesołej muzyki. Po sobotnim seansie przestaje mnie dziwić dlaczego dorośli ludzie uważają “Piłę” za dobry film. Przypomina im dzieciństwo.
Nadzieje są dwie. Może właściwy urzędnik-rodzic oglądnie wreszcie sobotnią bajkę i zrobi porządek z treścią, jak poprzednio z reklamami. Druga natomiast jest taka, iż wracający w sobotni wieczór szef dziecięcej ramówki trafi na grupkę małolatów, które przetestują na nim świeżo zdobytą wiedzę. Ciekawe jak by zaśpiewał ciągnięty bezlitośnie za ogon…
*Nie to nie są TE Smerfy z Twojego dzieciństwa. To są nowe, „lepsze” Smerfy.
Diagnostyka agnostyka.
Pozostawienie pytania o istnienie Boga jako nierozstrzygnięte jest zatrzymaniem się w miejscu ciekawym, ale bezproduktywnym na dłuższą metę. W rzeczywistości postawa taka nie daje się utrzymać, zmuszając zadeklarowanego agnostyka do opowiedzenia się po stronie teizmu lub ateizmu. Agnostycyzm nie jest w rzeczywistości trzecią opcją, a jedynie wyrażeniem niepewności swojego stanowiska.
Dobre intencje.
Agnostycyzm wynika z dążenia do prawdy i pewności. Stan nauki oraz rozwój myśli ludzkiej doprowadził do przekonania, iż na pytanie o istnienie Boga nie da się znaleźć w tym świecie odpowiedzi. Wszelkie próby zastosowania do tego nauki, rozumowania czy zdrowego rozsądku prowadziły donikąd. Ateiści i teiści z tych samych danych wyciągają diametralnie różne wnioski, a w sporze dyskutanci często sięgają po pomoc do krótkiego opracowania Schopenhauera. Agnostycyzm sprawia więc wrażenie postawy uczciwej, która w prosty sposób odpowiada na problem: skoro nie wiadomo, to nie wiadomo.
Działanie nie znosi próżni.
Agnostyk zdaje się jednak ignorować fakt, iż teista i ateista odpowiadając na pytanie: »Czy Bóg istnieje?«, rozstrzygają jednocześnie wiele innych problemów, z którymi agnostyk również musi się zmierzyć. Podstawowe z nich to pytanie o źródła moralności, ludzką naturę i istnienie (formę) świata niematerialnego.
Ponieważ na pytanie o źródło moralności i w konsekwencji jej podstawy i kształt istnieją tylko odpowiedzi teistyczna albo ateistyczna, agnostyk dokonując jakiegokolwiek sądu moralnego musi opowiedzieć się po jednej ze stron. Ostatecznie zakładanie, że Bóg istnieje albo nie istnieje w zależności od sytuacji jest postawą niekonsekwentną, której z pewnością agnostyk chciałby uniknąć.
Weźmy przykład lekarza, który spotyka się z pacjentem, głęboko przekonanym, iż Bóg polecił mu pozostawienie swojej żony i małych dzieci oraz udanie się do Afryki, aby nawracać tamtejszych handlarzy bronią na dobrą drogę. I ateista, i teista wybrną z tego problemu w jakiś sposób. Ateista rozpozna omamy i zaleci serię spotkań z psychologiem albo garść farmaceutyków. Teista najpewniej sprawdzi o jakiego Boga chodzi, a następnie sięgnie po środki, które wymykają się memu rozeznaniu. Agnostyk jest bezsilny. Bez względu na to po jakie narzędzie sięgnie zawsze zmuszony będzie do opowiedzenia się po któreś ze stron. Nierzeczywisty przykład? To spróbujcie rozstrzygnąć problem ściągania na klasówce.
Obrona.
Agnostyk może argumentować, iż można skonstruować sensowny system moralny bez odwoływania się do Absolutu – wszak tak właśnie robią ateiści. To pozwalało by dalej zawiesić pytanie o istnienie Boga. Jednak w takiej sytuacji agnostyk staje się nieodróżnialny od ateisty. Wszak jeśli przyjrzeć się sytuacji dokładniej to i ateista może mieć wątpliwości co do tego czy Bóg istnieje czy nie. Tak więc i ateista, bez szkody dla swojego ateizmu, może na pytanie o istnieje Boga uczciwie odpowiedzieć: »Nie wiem«. Może również dodać: »Nie wierzę, że Bóg istnieje« i co ciekawe dokładnie to samo może zrobić agnostyk. Przecież i on w istnienie Boga może nie wierzyć. Agnostycyzm i wiara okazują się dwiema różnymi sprawami.
Ostatecznie więc agnostycyzm na trzecią opcję po teizmie i ateizmie się nie nadaje. Określenie się agnostykiem może być raczej uświadomieniem innym wystarczającego rozeznania w problematyce, aby wiedzieć, iż w tym obszarze żadnej pewnej wiedzy nie ma. Może też być deklaracją odcięcia się od starcia ateistów z teistami na “coraz pewniejsze” argumenty. A to już sporo dla kogoś kto ceni sobie ciszę i spokój…
Sceptycyzm.
Tworzę sobie język, który zawiera cały język przedmiotowy plus to zdanie sceptyczne, względnie jego zaprzeczenie. I w metajęzyku mówię, że zachowanie sceptyków jest w najwyższym stopniu paradoksalne. Dlatego, że oni zabraniają mi wiedzy o tym, że ja teraz siedzę, i że mam mało włosów na głowie, a pozwalają sobie na zdanie mówiące coś o tak skomplikowanym zjawisku, jakim jest poznanie ludzkie. Cóż to jest za zabawa? Bardzo dziwne, nieprawdaż? Dlaczego ja nie mógłbym wiedzieć, że siedzę, że czuję ucisk na pewną mało szlachetną część ciała, ale mogę wiedzieć, że nie możemy nic poznać.
Parys J. 1998, Między Logiką a Wiarą, rozmowa z Józefem M. Bocheńskim, Warszawa: Noir sur Blanc
Nazywanie emocji.

We wczesnym okresie rozwoju dziecka pojawia się moment, w którym zaczyna ono kontrolować przejawianie emocji oraz uczy się nazywać przedmioty i zjawiska z otaczającego świata. Z pewnych powodów otaczający go ludzie mają tendencję do charakteryzowania jego emocji angażując do tego jedynie swoje własne rozeznanie moralne. Skutki tego są trojakiego rodzaju i trudno uznać by którykolwiek z nich był pozytywny.
Po pierwsze dziecko nie uczy się w żaden sposób świata emocji. Zamiast: zdenerwowany, zadowolony, radosny, smutny, wystraszony, znudzony słyszy jedynie dwa słowa: grzeczny lub niegrzeczny. Tym samym nie jest w stanie samemu nazywać swoich stanów emocjonalnych, ucząc się jedynie oceniać siebie w kategoriach sobie zewnętrznych, w których dodatkowo ma słabe rozeznanie.
Po drugie może popadać w dezorientację. Moralność w tym okresie jest dla niego czymś jednorodnym, z góry określonym. Tymczasem różni ludzie mają różną ocenę konkretnych zachowań i to co u jednego jest uznane za zachowanie właściwe lub możliwe do tolerowania dla innych może być już zachowaniem niewłaściwym.
Po trzecie taki sposób patrzenia na rzeczywistość wprowadza zamieszanie odnośnie uzasadnienia. Nie podaje uzasadnienia dla emocji: Kubuś jest zdenerwowany, ponieważ mama nie chce kupić mu jajka niespodzianki. W zamian za to dziecko słyszy zupełnie inny rodzaj uzasadnienia: Kubuś jest niegrzeczny, bo nie słucha mamy. Zdanie drugie jest prawdziwe, ale jaka jest jego wartość wychowawcza? Właściwszym wydaje się opisanie emocji, pokazanie skąd się wzięły, a następnie opisanie swoich emocji i uzasadnienia ich oraz swojego postępowania: „Widzę, że jesteś zdenerwowany, bo nie chcę Ci kupić jajka niespodzianki. Ale już jedną zabawkę dzisiaj dostałeś. Denerwujesz mnie i utrudniasz robienie zakupów, jeśli nie przestaniesz wyjdziemy ze sklepu.” Nawet jeśli w tym konkretnym przypadku efekt będzie żaden, to i tak przekazywana wiedza jest wartościowa i może zaowocować w przyszłości.
Nie jest to sprawa prosta, wręcz trudno oczekiwać od wychowawcy, że w chwili zdenerwowania będzie precyzyjnie konstruował kilkuczłonowy komunikat. No ale kto powiedział, że wychowanie ma być łatwe…
Zwolnić Beenhakkera!
Rozpoczynając te mistrzostwa, żywiliśmy nadzieje na to że polska reprezentacja zostanie czarnym koniem Euro2008. Oczekiwaliśmy, że Polacy skutecznie przebrną przez fazę grupową, by w kolejnych meczach rozwinąć skrzydła i efektownie oraz bezpardonowo walczyć o medale. Nikt nie marzył oczywiście o złocie, ale brąz był z pewnością w naszym zasięgu… byłby gdyby nie jeden człowiek, który swoimi decyzjami spętał nogi obiecującej drużynie. Ten człowiek to nikt inny jak pseudo-selekcjoner polskiej reprezentacji, mistrz marketingowych złudzeń – Leo Beenhakker.
Zaplecze.
Przyjrzyjmy się przez chwilę temu co otrzymał holenderski trener, aby w pełni zrozumieć jak destrukcyjny wpływ miał na całą sytuację.
Polska szkoleniowa myśl piłkarska jest z pewnością jedną z najlepszych na świecie. Pod czujnym okiem PZPN dorastają w lokalnych, doskonale wyposażonych szkółkach młodzi piłkarze. Sprawnie funkcjonuje system selekcji, który pozwala wyszukiwać młode talenty. Takim chłopcom proponuje się indywidualne programy szkoleniowe, umożliwiające maksymalnie rozwinięcie ich potencjalnych możliwości. Ci dobrze wykształceni piłkarze trafiają następnie do zespołów ligowych, gdzie w atmosferze czystej rywalizacji i gry fair play wchodzą w świat prawdziwej męskiej piłki.
Trzeba tutaj uczciwie stwierdzić, że polska Ekstraklasa jest jedną z najbardziej wymagających lig europejskich. Grają w niej Brazylijczycy, Francuzi, czy Nigeryjczycy, którzy odnosząc sukcesy we własnych krajach, widzą grę w naszej lidze jako ukoronowanie ich udanych karier. Utrzymanie się w pierwszych składach wymaga niesamowitej determinacji oraz ciągłego treningu na granicy wytrzymałości fizycznej. Odbywające się przy licznej publiczności mecze, na świetnie przygotowanych i wyposażonych stadionach pełne są uczciwej walki od pierwszej do ostatniej minuty.
Drużyna.
Najlepsi z najlepszych krajowych wychowanków zasilają polską drużynę narodową. Reprezentacja od zawsze utrzymuje wysoki poziom gry, który, ku radości kibiców, na przestrzeni ostatnich lat stale rośnie. Obecni w niej gracze to doskonale przygotowani technicznie i kondycyjnie, głodni sukcesu i gotowi na wszystko wszechstronni zawodnicy najlepszych klubów europejskich. Na każdej pozycji panuje niemal klęska urodzaju, co pozwala nie obawiać się powszechnych w tym sporcie kontuzji.
Wśród ostatnich sukcesów naszych reprezentantów wyróżnić należy zakończone zwycięskimi meczami dwa ostatnie mundiale i inne wygrane mecze kwalifikacyjne i towarzyskie.
Warto pamiętać, że wielu spośród graczy, ukończywszy spektakularne międzynarodowe kariery piłkarskie pozostaje w sporcie, poświęcając się bez reszty rzetelnej i błyskotliwej pracy komentatorskiej. Można tu wymienić takie sławy jak Tomasz Hajto, Tomasz Iwan, Mateusz Borek, czy Roman Kołtoń. Ich osiągnięcia i doświadczenie uprawniają ich do trudnej, ale życzliwej oceny poczynań drużyn i selekcjonerów. Kuźnia charakteru jaką jest polska liga sprawia, że nie są oni żądni marnej sensacji, a także unikają ferowania tendencyjnych wyroków.
Selekcjoner.
Już od samego początku wybór selekcjonera budził dużo wątpliwości. Troszczący się rzetelnie o polską piłkę Związek, uległ niestety nagonkom koncernów medialnych (zachodnich właścicieli) i zdecydował się na zatrudnienie zachodniego szkoleniowca. Wybrany Leo Beenhakker od początku był postacią kontrowersyjną. Stały za nim marne sukcesy, błąkanie się bez celu po odległych krajach oraz nieokreślona szkoła trenerska. Pomimo posiadania wielu rodzimych specjalistów, omamiony bełkotem układu PZPN postanowił oddać władzę nad drużyną człowiekowi, którego specjalnością są jedynie sprawianie wrażenia i podlizywanie się mediom. Zatrudniony Leo rzucił się od razu w wir pracy… w działach marketingu. Więcej czasu niż na ławce trenerskiej spędzał w studiach reklamowych kręcąc kolejne spoty, albo na konferencjach prasowych, gdzie mamił łatwowiernych dziennikarzy obietnicami sukcesów. Cóż takiego udało mu się osiągnąć? Porażki z Finlandią i Armenią, słabe występy w innych meczach. Tylko dzięki nadludzkiej determinacji piłkarzy oraz interwencjom Związku udało się doprowadzić do awansu na Euro2008. Leo jednak chciał całkowitej władzy i podszywając się pod sukcesy innych, krok po kroku doprowadził do izolacji reprezentacji tworząc wewnątrz PZPN, na swoich zasadach, państwo w państwie. Ten niewybaczalny błąd skończył się ostatecznie całkowitym blamażem Polaków na Euro, gdzie nie zdołali pokonać o klasę gorszych Niemców i Chorwatów, a z gospodarzami turnieju wywalczyli zaledwie remis.
Inne sukcesy? Sprowadzenie naturalizowanego Brazylijczyka Rogera Guerreiry, którego jedynym osiągnięciem jest bramka ze spalonego? Obwinianie sędziego za swoje niepowodzenia?
Dość już tego! Nie pozwólmy się dłużej oszukiwać. Apelujmy do Związku, aby ostatecznie pozbył się tego holenderskiego dysydenta z naszych szeregów. Niech polska piłka, stanie się ponownie polska! Tylko rodzimy trener może być gwarantem tego, że reprezentacja zagra na kolejnym Euro.


