Chcenie.

Tagi

Wzięty z zaskoczenia przez leniwie upływający piątek oraz ujawnioną w jednej chwili wolną godzinę nie umiał oprzeć się zgromadzonemu w cieniu codziennych zadań natłokowi myśli. Czasowniki i rzeczowniki ostateczne rzuciły się na niego bezgłośnie, zdzierając wszelkie systemy ochronne w postaci niekończących się list zakupów, ‚gdzie ja to położyłem?’ i ‚trzeba to sprzątnąć’ Nawet od niechcenia zrobiona kawa postanowiła zupełnie wyjątkowo zadziałać. Dziecko spało, mając gdzieś fakt, że jest ostatnią deską ratunku.

Problem, którego rozwiązania znaleźć się nie spodziewał dotyczył chcenia jako takiego. Chcenie, ta ważna czynność życiowa, gotowość… w zasadzie gotowość potencjalna, namiastka gotowości, czy też może zaledwie gotowość do gotowości. ‚Chciałbym…’

Ubóstwiane przez świat, zwłaszcza świat sprzedawców i producentów chcenie potrafi być nie będąc, łapiąc Bogu ducha winnego delikwenta rozlanego na kanapie niczym ciasto naleśnikowe, lub też atakując znienacka w towarzystwie świeżej jak poranna rosa hostessy. ‚Chciej, a dostaniesz.’

Jednak, gdyby to była cała rola chcenia, nie warto byłoby zajmować się nim dłużej niż trwa mało produktywny kurs marketingu na wydziale Zarządzania Niczym i Biznesem. Tymczasem chcenie jest też czasownikiem ostatecznym i to właśnie w takiej formie, niczym demon rozciągnięty w czasie na całe jego życie, postanowiło go dopaść. ‚Chciej.’

Czy warto coś chcieć? Co zrobić, aby przestać tylko chcieć? I co zrobić jeśli niczego się nie chce? Przypomina to trochę plan pracy na resztę życia i jeszcze inne życia trzy. ‚Dzieło monumentalne. Piramida Cheopsa ułożona przy pomocy dziecięcych foremek, kiedy ja jestem zaledwie uczulony na banany i marchewkę.’ Może więc jednak po prostu nie chcieć… tyle, że niechcenie może być zaledwie jakąś wersją chcenia, zostawiając nas w tej samej ślepej uliczce co zawsze. Mamiąc nas słodkim szczęściem nicości. Obiecując nic na wierzbie i to samo nic na sośnie. Skądinąd nic na wierzbie zdecydowanie łatwiej obiecać nic na wierzbie gruszki.
‚Na prawdę?’ zapytał z wyższością belfra z wypaleniem zawodowym jako chorobą zdiagnozowaną.
Znów kozi róg. Był szybszy od samego siebie.

Czyli co? Rzekoma błogość niechcenia jako ideał życia.

Obawiał się, że z życiem jest jak z naturą – próżni nie zniesie. Nie wypełnisz swoim, dostaniesz cudze, zanim ustalisz dokładnie, czy na prawdę nie chcesz, czy to może jednak zaledwie złudzenie. Można by więc chcieć nic nie chcieć. Ale to nieuchronnie przenosi nas do pytania numer jeden. Czego chcesz i czy to warto? Zazdrościł tym, którzy potrafili rozpędem przeskoczyć nad pytaniem i zdobywać świat, bo muszą, bo mają pewność, bo nic innego ich nie interesuje. On musiał wracać. Niczym rodzic wychodzący do sklepu z dwulatkiem, przygotowywał się, ale wiedział, że daleko nie odejdzie. Że zanim dotrze do połowy będzie musiał wrócić. Wiary, zamykania oczu, bicia głową w mur, aby zagłuszyć myślenie nie starczało na długo. Nie umiał tak po prostu uprzeć się i nie krzyknąć prędzej, czy później ‚Sprawdzam’. Bóg był kiepskim graczem, umyślnie lub nie, nie dawał sobie wygrać. Sam widział wyraźnie, że łażenie w kółko nie miało najmniejszego sensu, ale każda podróż prędzej czy później zdawała się być fałszywa.

A może to tylko kwestia ćwiczeń w zamykaniu oczu?

‚no i nie jest tylko ważne jakie są nasze potrzeby, ale również kwestia tego, co Pan by chciał, jakie są Pana oczekiwania…’
‚Śniadanie bym zjadł. Może…’

Nie idę na wybory. Jestem odpowiedzialny.

Tagi

Eksperci twierdzą, że jeśli nie idę głosować, to potem nie mam prawa narzekać na władzę. Wątpliwe to twierdzenie, a na dodatek nawet narzekać mi się nie chce. Ile razy przeczytam wypowiedź polityka w Polsce tyle razy zaczynam rozmyślać o emigracji (czyli mam pozytywne nastawienie do świata).

Nie idę, bo nie mam ochoty legitymizować obecnego systemu opierającego się na tym, że partia rządząca dzierży władzę tylko dlatego, że najsilniejsza opozycja budzi jeszcze większe przerażenie. Nie jestem przeciw jednej partii. Jestem przeciw każdej z nich, bo tworzą system wzajemnej adoracji, a celem ich działania nie jest realizacja jakiegokolwiek programu politycznego, ale żerowanie na instynktach i medialne manipulacje. Jestem to w stanie zrozumieć, ale dlaczego mam to popierać swoim głosem?

Nie idę, bo jest mi wszystko jedno kto będzie rządził. Wydawało się, że nic straszniejszego niż PiS nie może się zdarzyć, ale PO może pochwalić się imponującym demontażem prawa pracy, chaosem w edukacji i ignorancją głosów obywateli. Przy tym wszystkim smoleńska paranoja i giertychowscy policjanci w szkołach to tylko inne oblicze obłędu władzy.

Nie idę, bo liczę, że malejąca frekwencja rodzi destabilizację, która być może doprowadzi do jakiejś formy interwencji UE, albo zrodzi aktywny opór obywateli. Człowiek nie może normalnie żyć w kraju w którym brzydzi się całą sceną polityczną.

Nie idę, bo nie mam, żadnego pomysłu jak mój głos mógłby się przysłużyć Polsce. Nie widzę innej opcji zmiany sytuacji, jak gruntowna i radykalna przemiana sceny politycznej. Temu scenariuszowi mój głos w wyborach w żaden sposób nie pomoże.

Chcę tylko normalnie żyć. Płacić 40% podatków ze swojej pensji, poświęcać czas na wychowanie dzieci i pracować uczciwie. Chcę móc normalnie porozmawiać z nauczycielem, dyrektorem szkoły, urzędnikiem, policjantem, politykiem, lekarzem, przełożonym w pracy i szefem firmy. Chcę wiedzieć, że pośród różnych interesów mają przed swoimi oczami również moje dobro jako obywatela tego kraju i normalnego człowieka. To nie jest utopia. Są kraje w których jest to standardem. U nas też są na to środki i potencjał ludzki, który można by w tym celu wykorzystać. Jeśli z jakichś powodów w Polsce nie da się takiej normalności wprowadzić, to zaiste żadne głosowanie nie ma najmniejszego sensu.

Upatrywałem nadziei na poprawę sytuacji w mnożącym się bogactwie. Niestety, ci co je kapitalizują nie bardzo mają ochotę się nim dzielić, a władza robi wszystko by ten stan podtrzymać.
Upatrywałem szans w tym, że kontakt z Europą Zachodnią nauczy nas normalnie ze sobą rozmawiać. Niestety, ci co poznają Zachód nie mają ochoty tu wracać, a politycy tylko podsycają podziały i waśnie.
Upatrywałem nadziei w tym, że ruchy obywatelskie zmienią oblicze kraju. Niestety w tak dużym kraju samoorganizacja obywateli jest trudna, a władza bezwzględnie tępi wszelkie jej przejawy.

Nie idę na wybory. Jestem odpowiedzialny.

Interpretacja zachowania.

Za każdym działaniem stoi pewne spektrum motywów. Zwykle sami mamy problem z określeniem co dokładnie nami powodowało przy wykonywaniu danej czynności.
Sama konstrukcja: „powodowało” sugeruje, że myślimy zwykle o jakiejś sile sterującej nami, a nie po prostu działaniu.

Próbując coś komuś udowodnić nie należy opierać się przed „odkryciem” motywów jego działania. Odkryciem w tym wypadku znaczy ujawnieniem tego motywu, który najbardziej pasuje do naszego obrazu sytuacji. Takie działanie powoduje polaryzację cudzej motywacji. Wskazany przez nas motyw staje się centralnym, koniecznym do rozważenia; motywem, do którego rozmówca musi się, choćby wewnętrznie ustosunkować. Istnieje spore prawdopodobieństwo, szczególnie w przypadku ludzi uległych, że uzna, że jest właśnie tak jak mówimy.

Cele strategiczne rozmowy.

A. Budowanie obrazu własnej osoby – pozycyjny i taki dziwacznie nijaki
przeciwieństwem pragmatyzmu jest postępowanie według jakichś ogólnych zasad, ale tutaj coś takiego nie występuje
B. Zrealizowanie celu pragmatycznego – aktywny i pragmatyczny
C. Osiągnięcie pozycji decyzyjnej – pozycyjny i pragmatyczny

Absolutnie ciekawe jest to, że akty mowy zależą od poszczególnych strategii. Wydaje się to obecnie oczywiste, ale wcześniej się tego nie wiedziało.
Na przykład prośba to jest .B. Przy czym chodzi tu o poziom perlokucji. Treść sama nie ma tu dokładnie znaczenia. Jeśli powiemy „Ale masz świetną sukienkę!” zaglądając do szafy siostry, gdy ona wie, że wychodzimy na imprezę to jest to niewątpliwie prośba, a nam niewątpliwie chodzi o zrealizowanie celu pragmatycznego.

.2.

.A. to cel zdecydowanie najbardziej prymitywny i podatny na manipulację.

.3.

Zdaje się, że po akcie mowy rozpoznamy rodzaj celu strategicznego (nic odkrywczego), ale wybór rodzaju celu nie koniecznie prowadzi nas do precyzyjnego podziału rodzajów aktów mowy zgodnie z rodzajami celów. Prośba niby pasuje do .B. ale, czy ktoś nie może budując obraz własnej osoby (A) wykorzystywać prośby do stworzenia obrazu „potrzebującego sieroty”.
Niemniej wtedy prośba jako taka zostanie inaczej użyta i skonstruowana.

Tryptyk niejasności: Niepojęcie.

Granicząca z wiecznością przerwa pomiędzy tym, a poprzednim wpisem w tej tematyce, może spowodować pewne trudności z ciągłością treści, licząc jednak na zrozumienie ewentualnego czytelnika oraz własną niekoniecznie uzasadnioną odwagę przymierzymy się do części drugiej.

Niemożność pojęcia pewnych faktów, to ważny element religijnych dyskusji, który skutecznie upraszcza problematyczne obszary poznania, a jednocześnie umożliwia zgrabne postawienie na swoim. Oczywiście jeśli stoi się w odpowiednim miejscu podczas dyskusji (generalizując, im bliżej ołtarza tym lepiej). Nieprzyzwoicie rozciągnięta w czasie refleksja prowadzi mnie, a może i czytelników do interesującego spostrzeżenia, które pozwoli zepchnąć wielowiekowe rozważania filozofów do kufra z cennymi antykami, które można wprawdzie pooglądać z zachwytem, ale w żadnym wypadku nie należy nimi meblować mieszkania na co dzień.

‚Bóg jest niepojęty’ zakrzyczmy na wstępie z ambony, a następnie prowadząc dialog wewnętrzny, zapytajmy w duchu Williama Jamesa ‚I co z tego?’. Pytanie to jest jak myślę fundamentalne w tej sytuacji z dwóch powodów. Po pierwsze skoro nie pojęty, to nic nie da się o nim powiedzieć. Nie można z definicji rozmawiać o niepojętym. Po drugie, bo odpowiedź na to pytanie jest istotą problemu.

To że Bóg jest niepojęty nie przeszkadza chyba nikomu. Jakiż inny miałby być? Nawet ateista się z nami w tej sprawie zgodzi. Przecież ‚nic’ też nie daje się w żaden sposób zrozumieć. Natomiast odpowiedź na pytanie ‚I co z tego?’ robi naszą rozmowę znacznie bardziej rzeczową, a co więcej pozwala na pewne uporządkowanie odpowiedzi.

Fizyka innych światów

Pierwszy rodzaj odnosi się do fizycznej struktury niepojętego. Czy Bóg jest jeden w trzech osobach? Czy może potrójny w osobach dziewięciu? Na tego rodzaju rozważania wzruszamy ramionami. Jeśli ktoś utrzymuje, że coś wie, o czymś czego nikt pojąć nie może to pozostaje mu gratulować i się od niego uczyć. Poniższy dialog ma nas wprowadzić w ten temat i uświadomić ogromne możliwości komunikacyjne w tym zakresie:
‚Bóg jest jeden w trzech osobach.’
‚Wiem’
‚Jest to rzecz niepojęta!’
‚Ja akurat to pojmuję.’
‚…? Ale jak to? Człowiek tego pojąć nie może?’
‚Ja pojmuję tak, czy inaczej. Pewnego dnia mnie oświeciło i to zrozumiałem’
‚Przecież to niemożliwe! No, to jak Pan to rozumie?’
‚A jak mam Panu to wytłumaczyć? Przecież Pan sam mówi, że tego pojąć nie może.’

W zależności od formy rozmowy, dostaniemy albo klapsa, policzek, wniosek o spalenie na stosie, albo zostaniemy uznani za postać wybitną.

Fizyka u nas

Boga podejrzewa się o inną rzecz niepojętą. Ostatnio zdecydowanie ograniczył się w tym zakresie do leczenia chorób i indywidualnych objawień, ale mamy dowody w piśmie, iż nie cofał się przed wykorzystaniem latających ognistych rydwanów do celów transportowych, swobodnie przemieszczał ogień oraz wodę w przestrzeni, a także dzielił jeden chleb na tysiąc chlebów o podobnej wadze. Sugeruje to, że Bóg potrafi dokonywać działań wbrew prawom fizyki. Ktoś sceptycznie nastawiony do świata, w szczególności tego pisanego, mógłby poprzestać na stwierdzeniu, że obłoki pojawiające się tu i ówdzie, pioruny z bezchmurnego nieba, czy też zamiana struktury chemicznej płynu to zwyczajne wymysły autorów, podpierając argumentację faktem, lub raczej brakiem faktów, na podobną aktywność Absolutu ówcześnie. Jednak to byłby argument ateistyczny, a my takich używać nie chcemy, czy wręcz nie możemy nawet. Spójrzmy na to od innej strony. Gdybyśmy mieli możliwość obserwacji powyższych zdarzeń na poziomie cząsteczkowym musielibyśmy zaobserwować dwa rodzaje zjawisk: nietypowe w przyrodzie reakcje chemiczne oraz (lub) pojawianie się cząstek spoza czasu. Co do zdarzenia drugiego, to współcześnie fizycy, z tego co wiem, dopuszczają taką możliwość, a skoro dopuszczają i cząstki mogą przemieszczać się w czasie (a w raz z nimi energia) to i opcja pierwsza jest jak najbardziej możliwa. Bóg nie musi być w tym wypadku niepojętym cudotwórcą, a jedynie chemikiem i fizykiem wielowymiarowym. Wytłumaczenie śliskie, powiedzmy, ale i cuda Absolutu trzymają się na koniec reguł tego świata. Dymi się z niczego, ale jednak dymi. Laska zmienia się w węża, a nie w zagiętego w czasie Xyplokidozoloka z wymiaru X-13, a woda zmienia się w wino, a nie w napój nieśmiertelności. Cud też ma swoje granice.

Etyka Boga

Niepojętość wykorzystuje się również do uzasadnienia bożej działalności w nadającym się do pojęcia świecie. Hebrajski Bóg zgodnie z pismem nosi znamiona zarówno nadnaturalnego wybawcy ludów, jak i masowego mordercy na niespotykaną w dziejach skalę (przynajmniej jeśli chodzi o procenty). Sugeruje się, że sprawiedliwość i inne wartości są przez Boga rozumiane w sposób odmienny niż w sposób ludzki. Zastanówmy się przez chwilę. Opcje mamy tutaj dwie. Pierwsza jest taka, że Bóg widzi dalej i jego czyn jest bardziej sprawiedliwy, bo obejmuje również konsekwencje działania. Druga natomiast, to założenie, że sprawiedliwość Boża to coś diametralnie innego niż sprawiedliwość ludzka. Opcja pierwsza z przyczyn obiektywnych obronić się nie daje. Znamy Boży pomysł utopienia całej ludzkości i przyznać musimy, że konsekwencje tego wydarzenia nie pokryły się zupełnie z zamierzeniami. Potomkowie Noego nie są ani odrobinę lepsi od potomków Adama. Śmiem twierdzić, że jakiej aktywności bożej byśmy nie wybrali do analizy i tak nie okaże się, że Absolut wybiera lepiej, bo zna przyszłość. Nie tędy droga. (Abstrahując na marginesie od faktu, iż ten rodzaj nadludzkiej sprawiedliwości znakomicie udaje się ludzkim umysłem pojąć).

Pozostaje opcja druga. W ten ślepy zaułek już kiedyś zabrnęliśmy. Jest ostatecznie niewygodna dla nikogo. Bo czy dotrzymywanie obietnic rozumiane w sposób ludzki, ma się jakoś do porównywanego działania na sposób Boży. Bóg ci obiecał, że będziesz zbawiony jeśli zrobisz to i to? Wierzysz mu? Skąd czerpiesz nadzieję?
Osobiście preferuję zgrabne przemilczanie fragmentów pisma, gdzie obarcza się Absolut odpowiedzialnością za wszelkie katastrofy naturalne, czy ludzkie megalomańskie obsesje, ale to już jak kto woli.

Etyka ludzka

Bóg każe ci zabić swoje dzieci i złożyć ich serca w ofierze, co przyczyni się do zbudowania lepszego świata. Jak się przyczyni? Bóg jest niepojęty więc nie zadawaj niepotrzebnych pytań.

Uczciwie mówiąc to żaden szanujący się Absolut nie posuwa się do takich chwytów, w tym wypadku powyżej pasa. Nasz chrześcijański, podobnie jak rzesze teologów po zakończeniu Biblii, zadają sobie sporo trudu, aby prawo było wytłumaczalne. Zdają się zgadzać z argumentem, że porządek oparty jedynie na bezrefleksyjnej akceptacji jest niebezpieczny, a pewnie i mało produktywny. Co więcej nie ma też możliwości, aby przetrwał dłuższy czas w obszarach o większym znaczeniu, niż to gdzie założyć czapkę, a gdzie zdjąć sandały. Natura nie znosi próżni i zaraz znajdzie się władza, która autokratyczny porządek uczyni, korzystnym dla siebie. Bóg stoi tutaj na straconej pozycji. Mówi on wprawdzie dużo i chętnie, ale metod zapewnienia, które słowa są właśnie jego i jak należy je jednoznacznie zinterpretować dotychczas nie wprowadził.

Podsumowując, nie będzie niczym zaskakującym (chyba), iż z faktu, że coś nie nadaje się do pojęcia niewiele wynika. Absolut pomimo większej swobody, niż ludzie, w kwestiach istnienia i możliwości sprawczych musi podporządkowywać się regułom świata, który sam stworzył. Przyznajmy na zakończenie uczciwie, że większość znanych nam wersji Absolutu znakomicie tą konieczność rozumie. Nieco gorzej jest w tym przypadku z ludźmi.

O efektach spoglądania w lustro.

Bardzo dawno temu, za mało istotną ilością lasów, gór i rzek, żyła sobie dziewczyna o imieniu Marta. Wiodła ona zwyczajne, nie szczególnie wyróżniające się życie pełne posiłków, zakupów, sprzątań, bezsensownego wkuwania pojęć, a także refleksji na temat problematycznej natury tego świata.

Marta jak przystało na młody wiek była należycie urodziwa, nie dolegały jej żadne nieuleczalne choróbska, a poziom cukru i cholesterolu utrzymywały się w przyzwoitej normie. Miała jednak, zgodnie z naturą bajek, pewną niepokojącą przypadłość, która zdawała się jej uprzykrzać przeżywaną codzienność. Budząc się co rano, mianowicie, otrząsnąwszy się uprzednio z resztek snu, udawała się, jak to w zwyczaju młodych panien bywa do łazienki, gdzie zaglądając w lustro, obrzucała postać ujrzaną naprzeciwko smutnym spojrzeniem i mówiła niczym zaklęcie: „Boże, jaka ja jestem brzydka.”

Brak urody, w przypadku kobiet, ale i nie tylko, potrafi skutecznie uprzykrzyć życie. Sprzedawczyni w pobliskiej piekarni, rzeźnik (mieszczący się nieco dalej), a także kosmetyczka, fryzjerka, woźna w szkole oraz półtuzina pasażerów lokalnego autobusu (oraz kierowca) naigrywali się w głębi duszy z jej braku urody. Nikt nie traktował jej poważnie i z szacunkiem. Takie traktowanie jest wszak przynależne ludziom pięknym. Nikt też jej szczególnie nie lubił, a tym którym wymknęło się coś pozytywnego na temat jej wdzięków Marta nie wierzyła. Podejrzewała ich, zapewne słusznie, o ukryte, nieszczere intencje, ślepotę, brak gustu, albo co najmniej niedorozwój umysłowy stopnia lekkiego.
Należy, przy tym zaznaczyć, iż nie można powiedzieć, aby Marta o siebie nie dbała. Dbała bardzo (w granicach zdrowego rozsądku). Nie były jej obce mydło z wodą, żel pod prysznic, szampon, puder, balsamy do ciała, perfumy, lakiery do paznokci, a także okresowe wizyty u kosmetyczki. Ze wszelkich sił starała się ukryć swoją nienaturalną brzydotę i w chwilach dobrego humoru dochodziła do wniosku, iż udaje się jej to nie najgorzej.

Pewnego dnia, w porze późnego wieczoru, lub jak kto woli około północy w jej pokoju wydarzyło się coś co może się zdarzyć jedynie w bajkach. W okoliczną brzozę, ni stąd ni z owąd walnął piorun, z opon w samochodzie sąsiada w cudowny sposób zeszło powietrze, a drzwi balkonowe do pokoju Marty otworzyły się z umiarkowanym hukiem. Na scenie pojawił się Franciszek. Mężczyzna w ograniczonej sile wieku, z brodą sięgającą pasa (biała), szpiczastym kapeluszem, średniowiecznym płaszczem oraz barokowym rękodziełem ludowym o charakterze broni drzewcowej (laska).
Normalnie w takiej sytuacji ludzie wzywają policję, a wkraczający mężczyźni okazują się złodziejami, gwałcicielami, oszalałymi z miłości lub ostatecznie nieudolnymi praktykami skoków spadochronowych. Jednakże ze względu na charakter niniejszego dzieła Marta postanowiła podjąć z Franciszkiem zwyczajną konwersację.
‚O!’ zawołała lekko zmieszana zastanawiając się naprędce, czy jest już przebrana w piżamę, co czyniło by wizytę Franciszka, dodatkowo niestosowną.
‚Witam!’ rozpoczął Franciszek bezpardonowo, ale skądinąd oficjalnie. ‚Jestem Franciszek’ przedstawił się z imienia ‚dobry wróż’ dodał zawód. ‚To znaczy…’ zaczął pewnie lecz zakłopotał się w okolicy trzech kropek.
‚To znaczy?’ zapytała Marta.
‚To znaczy…’ kontynuował jałową rozmowę Franciszek tym razem odzyskując nieco rezon w okolicy znaku przestankowego ‚jestem dobrym opiekunem tej okolicy. Zaginając rzeczywistość wbrew regułom fizyki, sprawiam, że świat staje się lepszy.’ Pobieżna analiza stanu faktycznego wskazywała, że pracowitość nie należała do jego mocnych stron.
‚Oczywiście’, sprawnie kontynuował zanim napinające się mięśnie na twarzy panny zdążyły ułożyć się w wyraz powątpiewania ‚takie zaklęcia nie mogą być robione ot tak sobie. Muszą mieć wymiar wychowawczy!’ Patos w głosie i mało przekonujący imperatyw sugerowały, że Franciszek zanim został dobrym wróżem musiał mieć w życiu epizod w publicznej oświacie.
‚Obserwuję Cię od jakiegoś czasu i postanowiłem uczynić coś, co odmieni twoje życie. Od jutrzejszego wschodu słońca, aż po jego zachód’ tu wykonał zamaszysty ruch ręką, ‚będziesz mogła kształtować myśli wszystkich ludzi zgodnie ze swoją wolą. Każdy w podległej mi okolicy, będzie myślał zgodnie z Twoim życzeniem.’ pstryknął palcami dla większego efektu, dorzucił przekonujące spojrzenie i mruknął ‚A teraz śpij, moje dziecko’ i zniknął.
Zmożona magicznym snem Marta zdążyła jeszcze pomyśleć, że abstrahując od nienaturalnych zdolności, fajnie byłoby mieć na co dzień kogoś, kto sprawnie usypiał by nas przed północą.

Następnego dnia Marta obudziła się nadzwyczaj wcześnie. Była to z pewnością zasługa dobrego wróża, który położył do łóżka naszą bohaterkę o przyzwoitej jak na młodych ludzi porze. Zerwała się z łóżka i jak co dzień udała się do własnej łazienki, pełna (jak nie co dzień) nadziei.
Spojrzawszy w lustro rozczarowała się okrutnie i rzekła: ‚Boże jaka ja jestem brzydka.’

Tryptyk niejasności: Tajemnica.

Od dziś zajmiemy się całkiem interesującym (autora tego bloga) zajęciem analizy trzech pojęć, które mają przemożny wpływ na nasze myślenie o świecie duchowym, wierze i religii: tajemnicy, niezrozumienia i niewiedzy. (to się jeszcze okaże, patrząc na tempo publikowania nowych notek)
Ponieważ ostrość uchwycenia tych zagadnień, jest dla mnie różna w przypadku każdego z pojęć, nie mam za bardzo pojęcia jak się to wszystko skończy. To jednak, że nie widzieliśmy celu nie powinno nas powstrzymywać przed wybraniem się na wycieczkę, jeśli droga przed nami wydaje się interesująca.

Tajemnica.

Wskazane wydaje się rozpoczęcie od krótkiej refleksji czym jest tajemnica. Jest to pewien brak w wiedzy, która istnieje, ale została przed nami zakryta. Moglibyśmy ją poznać i (co niezwykle ważne) istnieje ktoś kto tą wiedzę posiada, ale z jakichś przyczyn ten ktoś zdecydował się nam jej nie ujawniać.
Ot, dajmy na to, przebywamy w jakimś laboratorium wojskowym i z dużym zainteresowaniem oglądamy urządzenie robiące co jakiś czas „Biiiip”. Zaintrygowani zadajemy pytanie oprowadzającemu nas kapitanowi o cel istnienia maszyny, a on odpowiada nam krótko: „To tajemnica wojskowa”. Być może wytrawnemu specjaliście z właściwej dziedziny wystarczył by rzut oka aby ustalić do czego to służy. Być może sami bez kłopotu zrozumielibyśmy cóż to za maszyna, gdyby ktoś nam odpowiednio wytłumaczył. Jednak nie wiemy, bo ktoś uznał, że tak jest z pewnych przyczyn lepiej.

Tak uzbrojeni jesteśmy gotowi zmierzyć się z niezwykle interesującym zdaniem wszelkiej maści specjalistów od życia duchowego: „To tajemnica, której nie jesteś w stanie zrozumieć”. Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że ktoś wie, ale nie chce powiedzieć (na razie drugi człon tej wypowiedzi zostawiamy w zawieszeniu).
Jeśli poświęcimy chwilę na analizę charakteru wiedzy z obszaru życia duchowego zauważymy pewną rzecz. Istnieją dwa rodzaje wiedzy o świecie duchowym. Wiedza ludzka i wiedza Absolutu.
Jako Absolut (zamiennie Boga) będziemy uważać istotę idealnie dobrą. Nie należy mylić tego z istotą idealnie doskonałą. Można być mordercą doskonałym, co nie znaczy, że jest się dobrym. Dodatkowo unikniemy dzięki temu niewygodnych pytań typu: „Czy Bóg jest doskonale sprężysty?”
Każdy z nas ma pewne przeświadczenia co to tego czym jest świat duchowy. Dla jednych coś takiego nie istnieje, dla innych jest to świat ideałów, dla jeszcze innych jest to świat dusz, duchów i Ducha, a dla kolejnych jest to miejsce zamieszkane przez srebrzystopióre anioły, osmolone diabły i inne interesujące stworzenia. Spierać się w tej materii nie sposób i trudno przekonywać kogoś, że „Ja poznałem lepiej.” skoro aparat poznawczy wszyscy mamy taki sam, a wyniki są nieweryfikowalne.
Trudno także mówić tu o jakieś tajemnicy, bo cóż to może być za tajemnica skoro dotyczy różnych rzeczywistości. „A mój świat duchowy jest dla ciebie tajemnicą.” moglibyśmy zagrać na nosie koledze, ale zwycięstwo byłoby iluzoryczne, bo my o jego świecie wiemy tyle co on o naszym. Tak więc słowo „tajemnica” w odniesieniu do tego rodzaju wiedzy jest zupełnie nie na miejscu.

Można jednak mówić o istnieniu wiedzy Absolutu. I tutaj bardzo proszę wszystkich wątpiących (lub wiedzących, że nie ma) o chwilowe założenie, ze względów metodologicznych, iż wiedza taka istnieje.
Skąd wiemy coś o wiedzy Absolutu. Ano tylko i wyłącznie od niego samego. Analizując ludzką historię można dojść do przekonania, iż Bóg pod tym względem nie próżnuje i dzieli się z nami tym co wie, jak tylko może. A to podpowie jak zostać zbawionym, a to sprecyzuje co jeść, a czego nie. Abstrahując od prowadzących donikąd dywagacji co jest, a co nie jest wiedzą Absolutu skupimy się tylko na jednym fragmencie – tajemnicy właśnie. Skoro cała nasza wiedza pochodzi od Absolutu i wiemy tylko tyle, ile on sam nam ujawnił, to cóż oznacza w tym przypadku tajemnica? Oznacza, iż Bóg powiedział nam: Istnieje jeszcze pewna wiedza, ja ją znam, ale wam jej nie przekażę, choć moglibyście ją zrozumieć (to ważne), bo… nie (bo bylibyście zbyt potężni?).
Cóż powiemy o ojcu, który pokazuje swojemu dziecku Glocka, którego trzyma w szafce i mówi: „To jest ciekawa rzecz, ale ja ci nie powiem do czego to służy”? Sadysta? Złośliwiec? Na pewno nic dobrego. Skoro istnieje jakaś wiedza, której znajomość jest nam do niczego nie potrzebna, to po cóż nas nią zamęczać? Ani to wychowawcze, ani pożyteczne.
Stajemy więc przed trzema możliwościami:
1. Bóg nie robi tajemnic (nie wykluczamy w tym momencie naszego dotarcia do granic zrozumienia), albo
2. Bóg jest złośliwcem, albo
3. Bóg nie istnieje.
Podchodząc z należytą ostrożnością do sprawy możemy wykluczyć opcję 2, bo:
(a)jeśli to prawda, to jesteśmy wobec Boga bez żadnych szans i (nie)spokojnie możemy przyjąć opcję 3.
(b)jesteśmy w stanie wskazać, iż istnieje coś lepszego niż złośliwość, co oznacza, iż istnieje istota lepsza niż złośliwa, czyli Bóg nie jest złośliwy.

Tajemnice zdają się być więc tylko i wyłącznie dziełem ludzkim, stworzonym na potrzeby ich celów.

Warszawa ’44

Zatem pod koniec wojny, w maju 1945 roku, było już absolutnie jasne, kto wygrał, a kto przegrał Powstanie Warszawskie. Głównymi przegranymi stali się polski rząd na uchodźstwie i jego Armia Krajowa. Zaryzykowali i nie udało się. Rząd stracił swoje ramię wojskowe i swoją główną bazę polityczną; Armia Krajowa straciła swoją podstawową zwierzchność polityczną.

Pośrednio – zachodnie mocarstwa, które straciły dobrą reputację państw prowadzących politykę opartą na etyce i sprawiedliwych układach. Złożyły Polsce gwarancję niepodległości, a potem patrzyły, jak ta niepodległość obraca się wniwecz. Zużyły wiele energii na retorykę „wojny o wolność i demokrację”, ale w tym przypadku nie stanęły na wysokości proklamowanych przez siebie zasad. Zaufanie Polski do Churchilla i Roosevelta okazało się bezzasadne.


Na krótką metę Niemcy znaleźli się wśród zwycięzców. Zagrożenie, jakim Powstanie Warszawskie stało się dla Wehrmachtu, zostało przezwyciężone; odcinek frontu na Wiśle trzymał się mocno przez pięć miesięcy, podczas których można było przeprowadzić obronę Rzeszy, a hitlerowcy zyskali przewrotną satysfakcję: udało im się dokonać tak kompletnego zniszczenia Warszawy, iż mieli poczucie, że zrealizowali program jeszcze jednego „ostatecznego rozwiązania”.


Ale bezapelacyjnymi zwycięzcami byli Stalin, Związek Sowiecki oraz komunistyczni klienci Stalina. Przed Powstaniem wydawało się jeszcze możliwe – a nawet prawdopodobne – że Stalin będzie musiał wejść w układ z rządem RP i z ruchem oporu z czasu wojny. Po powstaniu było już więcej niż prawdopodobne, iż żaden taki układ nie jest konieczny. Śmietanka polskiej patriotycznej i demokratycznej młodzieży, która w normalnych warunkach przejęłaby władzę po zakończeniu wojny, została wyeliminowana. Marionetki Stalina mogły teraz objąć rządy zamiast nich, nie zwracając uwagi na opinię publiczną czy na demokratyczne subtelności. Ustanowiono dyktaturę mającą trwać przez czterdzieści pięć lat.

Davies N. (2008) Powstanie 44, Kraków: Znak.

Spis treści.

Gry niewolników.

Tagi

, ,

Teoria wychowania, oraz psychologia mówią o różnorodności ludzkich potrzeb, charakterów, sposobów reakcji na otaczającą rzeczywistość postulując w konsekwencji konieczność indywidualnego traktowania każdego człowieka w zakresie wychowania, czy psychoterapii. Z tak rozumianą wyjątkowością, spośród tysięcy polskich uczniów, zapoznać się może jednak nieprzeciętna garstka. Zwykle są to wyjątkowi odmieńcy (od amoralnych chuliganów po zdumiewających geniuszy), o których ktoś (indywidualnie) postanowił się zatroszczyć. Cała reszta samodzielnie mierzyć się musi z absurdami codzienności.

System edukacji, korzystając z nieświadomej pomocy rodziny, ignorując kwestie wychowawcze i koncentrując się na opowiadaniu o wiedzy zgromadzonej w encyklopediach powoduje mimowolne kształcenie niewolników systemu – ludzi, którzy marnują swój potencjał czekając na lepszą przyszłość i marząc o wolności. Ci ludzie, uwolnieni, kompletnie głupieją, bo spotykają świat, na który nikt ich nie przygotowywał i którego istnienia nawet nie podejrzewali.

Mechanizm tworzenia niewolników zdaje się być prosty i żeby go uruchomić, wystarczy tylko młodego człowieka, z pewną ilością tak zwanego oleju w głowie i rodziców wierzących w naszą rodzimą edukację. Potem już samo leci.

Podstawowym samodzielnym spostrzeżeniem młodych ludzi jest to, że nauczanie (w szkole) jest najprawdopodobniej bezużyteczne. Przesłanek do wniosku dostarcza obserwacja, że sprawnie funkcjonujący w społeczeństwie tata lub mama znakomicie radzą sobie bez wymienienia jednym tchem wszystkich kości dłoni, miejsc uprawy ryżu w Azji Środkowo-Wschodniej oraz pamiętania co powiedział Kmicic na stronie 153 trzeciej księgi potopu (jeśli cokolwiek powiedział, bo pytanie może być podchwytliwe). Kolejne obserwacje prowadzą do przekonania, że poradzi sobie w życiu nie ten co słucha poleceń (teoretycznie) mądrzejszych od siebie, ale ten co umie tak kombinować, aby w ostatecznym rozrachunku wyszło na jego. Wiedza naprawdę przydatna w szkole to ta, jak znaleźć prawidłową odpowiedź wśród czterech możliwych na teście, jaką metodą odpytywania posługuje się nauczyciel i jak wycisnąć ze streszczenia wiedzę konieczną do zaliczenia sprawdzianu.

Opuszczając codziennie szkolne mury młody człowiek bogaty w przekonanie o bezsensowności własnej uczciwej pracy szkolnej stacza bój z rodzicami, którzy mając blade pojęcie na temat funkcjonowania szkoły wierzą, iż potrafi ona czegoś o życiu nauczyć i co gorsza, że owa nauka ma cokolwiek wspólnego z wystawianymi ocenami. Nasz młodzieniec jest w kleszczach systemu. Albo zgodzi się na realizowanie wymagań szkoły, których sensowność podważa, albo musi walczyć z całym otaczającym go światem dorosłych co samo w sobie dość szybko okazuje się tragicznie głupie. Pojawia się bierne (bez zgody) posłuszeństwo wobec otoczenia oraz ucieczka w swój własny świat.

Ów „własny świat” jako miejsce rozwoju indywidualności, rządzi się specyficznymi prawami. Po pierwsze nie ma w nim zwykle miejsca dla dorosłych i towarzyszy mu aksjologiczna próżnia gotowa do dowolnego zagospodarowania. Po drugie jest to świat drugiego obiegu, który w codzienności społecznej znajduje się zawsze na uboczu. Klub szachowy po szkole, książki Davida Lodge’a, władanie królestwem komputerowym i co tam jeszcze się zdarzy. Dostajemy więc przestrzeń własną , obojętną dla społeczności , do dowolnego zagospodarowania. Ten świat jednak staje się jednak glebą dla rozwoju filozofii życiowej na lata następne. Filozofii w wielu pojedynczych przypadkach niezwykle podobnej do siebie.

Ta wspólna filozofia to rozległa koncentracja na swoich potrzebach, wedle własnego najlepszego rozeznania. Wszystko jest „moje”, bo to „mój” świat, a jako ostateczne uzasadnienie wystarczy najczęściej „bo ja tak chcę”. Zdarza się uczniowi zeznawać, dlaczego nie jest przygotowanym do zajęć i żadne wytłumaczenie nie jest wystarczające. Ale rzadko kto go pyta dlaczego chodzi na kółko szachowe i najczęściej w zupełności zadowoli się wypowiedziami w stylu: „bo to lubię”, „bo tam czuję się dobrze”, „bo tam są fajni ludzie”. „Mój” świat jest traktowany przez innych w kategoriach relaksu i podnosi się na niego rękę, tylko, gdy pojawiają się „prawdziwe” problemy – czyli problemy szkolne. Ich istnienie to sprawa mocno indywidualna, co stanowi znakomite zarzewie codziennych konfliktów rodzice – nasz młodzieniec. Wypowiedzcie przed inteligentnym nastolatkiem zdanie: „Rodzice chcą dobrze, ale zupełnie nie rozumieją o w tym wszystkim chodzi”, a usłyszycie gorliwe potakiwanie.

Interesujące, że ta filozofia „mojego” świata, zawsze odgrywa istotną rolę przy wyborze kierunku studiów. Jest pewną opcją, obok której pojawiają się rady otoczenia sugerujące by wybierać to co da konkretny zawód, albo to po czym łatwiej będzie znaleźć pracę. Same studia jawią się jako pierwszy etap wolności i (wreszcie) możliwości realizowania siebie. Problem w tym, że nasz uczeń, póki co żyje marzeniami o wolności, kształcąc się przykładnie na posłusznego niewolnika. To co zobaczy za progiem będzie czymś innym niż świat z marzeń.

Porządne bycie wolnym wymaga intelektualnego zaplecza, z czym jeszcze młodzieniec sobie jakoś poradzi. Wymaga jednak całego zestawu cech, co do o których młodzieniec zaledwie wyobrażał sobie, że je ma. Siła woli czy to w formie samokontroli, czy realizowania celów, zorganizowanie, pewność siebie, odwaga to cechy charakteru, które w poprzednim życiu potrzebne były sporadycznie, a ich brak był źródłem drobnych niedogodności życiowych. Zamiast tego jest strach, obawa, niepewność siebie oraz wymagania, którym niezwykle trudno będzie sprostać…

Powodzenia po maturze!

Wolność i parówki.

Obserwując otaczającą rzeczywistość spostrzegamy czasem, iż zjawisko, które przyszło nam oglądać, nosi znamiona przypadku „typowego”. Jest to zdarzenie, które idealnie oddaje pewien sposób działania, czy myślenia i który w przyszłości może stać się podstawą do przeprowadzenia bardziej złożonych analiz lub sformułowania teorii. Ważne jest więc, aby taki przypadek szczegółowo opisać, polecając go swojej i cudzej pamięci.

Tło:

Nie od dziś wiadomo, że przeciętne stanowisko niehabilitowanego pracownika naukowego to oferta idealnie łącząca w sobie głodową pensję, brak społecznego szacunku i syzyfową pracę. Dzieje się tak z trzech powodów.

System, który służy do zarządzania uczelniami wyższymi jest czymś, co nazwał bym biurokracją „konkurencyjną”. Uczestnicy nieruchawego molocha ścigają się po kasę, przedstawiając dokumenty mające udowadniać setki różnych rzeczy, z których pewnie co dziesiąty ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Publikacja to, na przykład, coś co ma kilkanaście stron tekstu i zostało wydane. Co do treści, to biurokracja nie zna metod ich oceny, więc z właściwą sobie gracją ignoruje takie „pierdoły”.

Po drugie ludzie, którzy zarządzają owymi instytucjami nie mają (nie chcą mieć) bladego pojęcia jak biurokracja funkcjonuje. Myślą, że napisanie polecenia służbowego, w tej czy innej formie, sprawia, że rzeczy zaczynają się dziać zgodnie z intencją autora. Jednocześnie sami pewnie czytają setki takich rozporządzeń i podejmują działania kompletnie z intencjami autora niezgodne.

Po trzecie ci sami ludzie zarządzają nie z myślą: „jak osiągnąć (realizować) cel organizacji?” ale „jak dostać największą kasę?”. Nie jest to może niczym zaskakującym, ale w konsekwencji powoduje, iż ci, którzy mają za zadanie bezpośrednio realizować cele organizacji (szczebel najniższy), najczęściej znaczą niewiele więcej niż ścierka do podłogi. Biurokracja bawi się sama z sobą.

Cel:

Jakiś czas temu specjaliści różnych środowisk, w tym edukacyjnych, doszli do słusznego jak myślę wniosku, iż studiowanie powinno być związane z rozległą aktywnością studenta, który to w procesie nauczania powinien sam konstruować swoje wykształcenie poprzez dobór interesujących go przedmiotów. Ma to oczywiście zalety i wady. Jedna z zalet jest nie do przecenienia. Zmusza studenta do myślenia o tym, czego chce się nauczyć. Polska edukacja przyklasnęła temu rozwiązaniu (najpewniej zmuszona przez Unię Europejską) i zabrała się za realizację idei w praktyce.

Realizacja:

Po trafieniu takiej idei na uczelnię dokonał się następujący proces asymilacji. Na poszczególnych poziomach organizacyjnych kolejne jednostki ograniczały zasięg wyboru. Wydziały uznały, że wybór jest możliwy, ale wewnątrz wydziału, instytuty, że wewnątrz instytutów, a katedry, że wewnątrz katedr. Do tego doszło oczywiste wymaganie habilitowanych, aby wybór był, ale nie dotyczył ich przedmiotów. „Zupełnie” przypadkiem dokument regulujący wybór studenta mówi jedynie o 30% zajęć, które powinny być do wyboru w toku studiów.
W ostatecznej więc wersji, na poziomie regulacji biurokratycznej, studenci mogą wybierać, ale tylko w przypadku przedmiotów specjalnościowych (w obrębie katedry) prowadzonych zwykle przez magistrów i doktorów.

Uznano więc, aby jakoś ideę w życie wprowadzić, że każdy wykładowca prowadzący przedmiot specjalizacyjny, musi przygotować program prowadzenia drugiego (dodatkowego) przedmiotu, z jego celem, tematyką i treścią, a następnie przedstawić je studentom do wyboru.

Ów prowadzący, tu dochodzimy właśnie do poziomu ścierki do podłogi, któremu mniej więcej co kilka lat, bez większego składu i ładu, wymieniają się wszystkie przedmioty, został postawiony pod ścianą. Musi on wykonać pracę polegającą na dokształceniu się w jakiejś dodatkowej dziedzinie, sformułowaniu celów przedmiotu, przygotowaniu materiałów i projektów ćwiczeń, przeglądnięciu literatury oraz określeniu warunków współpracy i zaliczenia. Uczciwie licząc dwa lata na przygotowania i trzy lata na dopracowywanie w trakcie realizacji. Teraz musi to przemnożyć razy trzy, bo ma trzy przedmioty. Wszystko to ma wykonać w ciągu jednego roku, nie licząc na żadne dodatkowe pieniądze oraz zmianę aktualnie posiadanych obowiązków. Ponad to musi wskrzesić w sobie niezwykle silną automotywację, ponieważ nikt nigdy nie zwróci uwagi na to, czy pracę tą wykonuje, czy nie. Całe te wstępne sześć lat pracy, skomasowane do jednego roku, musi wykonać licząc się z tym, że istnieje 50% szans, że ów przedmiot zostanie wybrany, a także jest prawie pewne, że w ciągu pięciu lat zniknie on z siatki godzin, albo zostanie przekazany komuś innemu. Poświęca więc życie rodzinne i sen, aby dobrze wykonać obowiązki. Jeśli przeżyje i wykona pracę zgodnie z oczekiwaniem, nikt mu nawet nie powie „dziękuję” (choć o kilkanaście złotych wzrośnie dodatek za staż pracy).

Może też zaproponować do siatki zajęć, jako dodatkowy, przedmiot o innej nazwie niż ten, który już prowadzi, ale o dokładnie takiej samej treści. Może tak zrobić, bo treść, jak wiemy, nie jest dla biurokracji istotna. Cóż więc zrobi, jeśli nie jest mitycznym półbogiem mającym zdolność zaginania biegu czasu?

Efekty:

Idea „wolnego wyboru studenta” została więc sprowadzona na najniższy poziom i idealnie rozmyta. Nie zostało z niej absolutnie nic. Widać tu perfekcję funkcjonowania biurokracji, o której niektórzy śmieli twierdzić, że doskonała nie jest. Nawet parówki z hipermarketu po procesie produkcji i wzbogacania substancjami dodatkowymi posiadają w sobie ostatecznie jakieś mięso. Tymczasem zewnętrzna idea wprowadzona do biurokracji staje się doskonałym wrakiem po brzegi wypełnionym papką procedur.

Niby człowiek ma wrażenie że stoi w obliczu pewnej tragedii, nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to tragedia doskonała.

Co to jest prawda?

Rodzinne śniadanie w niedzielny poranek.

Osoby: Mama, Tata, Kuba (l. 3).

M: I jak tam było w „Rogatej” wczoraj wieczorem z Kubą [innym niż powyższy]?
T: A super… posiedzieliśmy przy piwie, pogadaliśmy sobie… ucięliśmy sobie dyskusję o prawdzie. Wreszcie można sobie z kimś normalnie porozmawiać…
M: Świetny temat do piwa…
T: Pewnie. Prawda to dobry temat na rozmowę… Kuba, powiedz, co to jest prawda?
K: Że ja kocham ciebie… że ty kochasz mnie, tatusiu.

MiQ

Ojciec marnotrawny.

Norman Price, urwis w bajce o strażaku Samie to łagodna wersja szwarccharakteru z filmów dla doroślejszej publiczności. Norman spędza czas głównie na płataniu psikusów, próbach uniknięcia za nie odpowiedzialności, a następnie (mimo wszystko) płaceniu w łagodnej formie za wyrządzone (pół)umyślnie krzywdy. Służy on całym sobą kształtowaniu wyidealizowanych postaw u realnych dzieci, co czyni go w jakimś sensie postacią szczególną. Norman jest wyjątkowy jeszcze pod jednym względem – ma mamę. Żaden inny bohater tej bajki nie może się poszczycić taką formą bliskości.

Auric Hand Matka Normana, można się domyślać, nie znajduje się tam przez przypadek. Ma do spełnienia ważną rolę – jest uzasadnieniem. Nie można zrozumieć (zdaje się mówić twórca) zachowania Normana, bez przyglądnięcia się pani Price – apodyktycznej egoistce ze skłonnością do wymądrzania. Norman jest owocem jej wysiłków wychowawczych. W tym świecie wariactwo rodzi wariactwo, złośliwość złośliwość, a dobro dobro. Norman jest odpowiedzią na pytanie „Skąd bierze się zło?”, choć należy pamiętać, że tak Normanowi jak i jego matce ciepłego serca ostatecznie nigdy nie brakuje.

Nie wszyscy są, aż tak wymagający. W innych tradycjach (judaizm?) zło bywa raczej osiągnięciem indywidualnym, a kontekst ma znaczenie niewielkie. Samo oderwanie od świata, zerwanie więzi z różnymi postaciami dobra skutkuje fatalnie. Źródłem zła stają się duma, upór i samowola jednego człowieka.
Z tym rozumieniem świata bardzo dobrze komponuje się syn marnotrawny – zwyrodnialec, który pomimo wszechogarniającej i doskonałej miłości ojca decyduje się na podążanie drogą zła. Za nim podąża cały zastęp niewdzięcznych dzieci oraz (od święta) niedoceniających rodziców.

Rozważać wyższość jednej koncepcji nad drugą, jest sprawą żmudną i ostatecznie raczej bez wielkiej wartości. Dość przyglądnąć się konsekwencjom patrzenia na świat przez pryzmat doskonałych ojców niedoskonałych dzieci. W świecie, w którym zło rodzi się i tkwi w jednostce dużo łatwiej rozgrzeszać się wszystkim innym. Sprawca jest samotny i bezwzględnie winny. Jego działania, które nie mają swego uzasadnienia w otoczeniu mogą być jednoznacznie ocenione z zewnątrz, a następnie obarczone stosownym zadośćuczynieniem. W łaskawości swojej społeczność może dokonać aktu wybaczenia, co jest spotkaniem winnego z niewinnym. Jest to więc czynność jednostronna, a sprawca obarczony łaską może się co najwyżej wykupić, ale nigdy, choćby częściowo usprawiedliwić z kontekstu. Brzemię doskonałej łaski, jest tym co go nie opuści, aż do zmiany paradygmatu.
Takie spojrzenie na świat zachęca do rozliczania i szukania winnych, a mniejszą wagę przykłada do porozumienia z bezpośrednim sprawcą. Sprzyja też pokusom chowania się za prawem w celu uniknięcia odpowiedzialności i odsunięcia od siebie winy.

Auric HandW ten nurt bardzo dobrze wpisuje się zjawisko „wielokrotnego obarczania winą”, które nauczyciele, księża oraz i inni rozdający wychowawcze karty wykorzystują w celu zaprowadzenia porządku w procesie edukacji. Będąc nastoletnią nadzieją społeczeństwa wielokrotnie znajdowałem się w sytuacjach, w których przekonywano mnie o bezwzględnej odpowiedzialności za różne sfery mojego życia. Nie odrobiłeś zadania – wstydź się. Nie pomogłeś koledze – wstydź się. Zapomniałeś o modlitwie – wstydź się. Masz brak motywacji – wstydź się. Obecnie zaliczając się do grona rodziców trafiam czasem na drugą część tej samej gry: Twoje dziecko nie odrobiło zadania – wstydź się. Twoje dziecko zapomina o modlitwie – wstydź się. Twoje dziecko jest leniwe – wstydź się. Tania zagrywka pedagogiczna stosowana przez sprytnych, a bezsilnych pedagogów. „Dziel i rządź” jak mawiali Rzymianie. Co równie sprytni rodzice i uczniowie stosują tą metodę w stosunku do nauczycieli i tak bezproduktywne koło zwalania winy się zamyka.

Niewinność ojca marnotrawnego syna jest co najmniej podejrzana, albo też relacja jaka występuje między nim, a synami nie jest relacją wychowawczą. Niechże ci, których ta metafora inspiruje do działania odpowiedzą sobie sami…

Terapia strachem.

Wychowanie poprzez wzbudzanie strachu ma długą tradycję i z biegiem lat nie traci na popularności. Przyjmuje ono różne formy i w zasadzie, nadaje się do zastosowania w każdych warunkach. Nauczyciel gimnazjum opowiada o tym jak to trudno będzie w liceum. Rodzic straszy przedszkolaka wilkami chodzącymi w nocy po ulicach. Dorosły roztacza przerażające wizje „prawdziwego” świata nastolatkowi. Wtedy to dopiero zobaczysz!, Tam już nie będzie pobłażania!, W końcu dowiesz się jak to jest w rzeczywistości! słyszą ludzie i próbują dociec, co jest tego celem.

Metoda.
3036108956_c903aedd8c_m

Metoda wychowania poprzez strach polega na przedstawieniu drugiej osobie wizji świata, który rzekomo się zna. Przedstawienie to musi być negatywne, co bardzo często domaga się wizji subiektywnej i nierealnej, wzbogaconej o elementy, których ofiara się boi. Możliwości są tutaj rozległe, a najprostszą jest straszenie nieznanym z pozycji wiedzy: „Tam jest strasznie. Ja to wiem, bo sam już tego doświadczyłem (lub: bo znam się na tym).” Odróżnia to tą metodę od uczenia poprzez opis rzeczywistości. Edukacja pełna jest sytuacji, w których celem nauczającego jest możliwie obiektywne (intersubiektywne) zapoznanie wychowanków z rzeczami, których poznać bezpośrednio nie mogą. Czym innym jest jednak opowiadanie o gwiazdach w sposób (dajmy na to) naukowy, a czym innym roztaczanie wizji nieba spadającego na głowy.

Do tego konieczna jest niemożność weryfikacji informacji przez straszonego. Człowiek nie może na podstawie własnego doświadczenia rozstrzygnąć, czy to co mówi straszący jest zgodne, czy niezgodne z rzeczywistością. Jest to jednocześnie granica metody. Nastolatka trudno straszyć potworami wypełniającymi ulice po zmroku, właśnie dlatego, że on wie jak po zmroku wyglądają ulice.

Korzyści pedagogiczne.

Chociaż metoda w działaniu wybiega czasem w odległą przyszłość, jej zyski są zdecydowanie bardziej krótkowzroczne. Celem tej metody jest wymuszenie posłuszeństwa w teraźniejszości, sparaliżowanie ofiary i wzbudzenie poczucia niepewności. Niepewność ta odnosi się przede wszystkim do ofiary, do jej własnych zmysłów i rozeznania w świecie. Straszący mówi: Ty nie wiesz – jesteś w jakiś sposób upośledzony. Ja wiem. Oddaj mi siebie i rób to co Ci polecam wtedy nie będziesz musiał się bać. Jeśli więc doświadczasz terapii strachem, o pełnym rozwoju osobowości nie masz co marzyć.

Efekty ostateczne.

Ostatecznym efektem odpowiednio rozległej formy tego rodzaju działania jest pełne ubezwłasnowolnienie człowieka. Zaszczepienie bezradności w jego działaniach i myślach, a w odpowiednich warunkach podkopanie rozeznania co do własnych intencji. Ofiara jest bezradna i zdana na łaskę wiedzącego. Staje się jego dobrowolnym niewolnikiem w obawie przed nieznanym. Boi się nawet siebie.

Obrona z efektów.

hit Obrona wcale nie jest łatwa. Ucieczka od straszącego nie usunie zasianych ziaren niepewności. Każde potknięcie zawsze może być interpretowane jako dowód na potwierdzenie tez straszącego, a potyka się przecież każdy. Konieczne jest przywrócenie w umyśle pewności w stosunku do samego siebie. Zaufanie sobie, można by rzec. Gdy spotykają się wizje świata – własna oraz zewnętrzna (rzekomego) eksperta – ekspert zawsze ma nie dającą się usunąć przewagę – może wiedzieć coś więcej, co przed nie-ekspertem pozostaje zakryte.

Obroną jest uświadomienie sobie, iż tego rodzaju nauczanie dla kogoś, kogo celem jest nasze dobro jest kontrefektywne. W wyniku terapii strachem dostajemy bezmyślność i bezradność, a to jest nie do pogodzenia z naszym osobistym dobrem (przynajmniej w naszej kulturze). Człowiek stosujący więc tego rodzaju metody jest albo głupcem, albo manipulatorem i jako taki na przewodnika nie nadaje się wcale.

Posłowie.

Pozostaje pytanie, co w przypadku nieweryfikowalnych wizji, które same w sobie są przerażające. Weźmy dla przykładu taką apokalipsę ze spadaniem gwiazd i smokami w roli głównej. Moje pytanie w kontekście powyższego wywodu brzmi: a czemu to ma służyć?

Czy okradną Ci mieszkanie?

Tagi

Ebook

Rzucone wyzwanie w dzisiejszych czasach to już nie to samo co obrzucanie się metalowymi rękawicami przez naszych pradziadów. Niemniej nie można przejść obojętnie, gdy wyzywa Hoko. Jeszcze zlikwiduje talony na wczasy do Kociomruczków i dopiero będzie…

Zeen swoim komentarzem wyraził wątpliwość co do sensowności takiej ankiety. Zamierzam go (innych również) przekonać, iż ankieta ta została stworzona przez wyjątkowo przemyślnych złodziei mieszkań i domów, a jej celem jest przede wszystkim określenie kiedy odpowiadający przebywa w miejscu zamieszkania oraz czy posiada tam cokolwiek wartościowego.

A więc zaczynamy…

O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Każdej. Chęci mają tu niewiele do powiedzenia. Liczą się możliwości…

Pytanie ma na celu wybadanie, kiedy przebywamy w domu lub też co robimy w pracy. Jeśli ktoś chętnie czyta do południa znaczy się, że albo obija się w pracy (biedny), albo ma czas nienormowany – znaczy się w każdej chwili może wrócić do domu.


Gdzie czytasz?

Najchętniej w poczekalniach wszelkiego rodzaju, autobusach i miejscach w których jest nudno. Nieco mniej chętnie we wszystkich innych miejscach.

I już pytający wie w jakich miejscach przebywamy najczęściej.


Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Na boku. Na brzuchu zaraz zasypiam, a na plecach trzeba cały czas trzymać książkę w rękach.

Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

W których autor ma coś sensownego do przekazania i robi to w sposób treściwy. Stąd po powieści sięgam rzadko.

Jeśli znajdzie się coś z filozofii (lub pokrewne) znaczy to, że mamy do czynienia z biednym intelektualistą. Odpowiedzi w rodzaju „książki o modzie”, „książki o samochodach”, „książki amerykańskich guru biznesu” rokują nadzieję na jakiś ruchomy majątek.


Jaką książkę ostatnio kupiłeś?

U. Eco, „O literaturze.” Podążając za impulsem wypadłem lepiej niż Hoko.😉

Rozwinięcie poprzedniego pytania (podobnie następne). Kupił w „Taniej Książce” znaczy, że biedak, kupił wypasiony album o papieżu – znaczy ma kasę.


Co czytałeś ostatnio?

Wiedźmina.
„Biurokrację” Misesa (i niech ktoś jeszcze powie, że Internet nie jest wspaniały).
Różności (fragmenty) Webera i Fayola.

Co czytasz aktualnie?

Kuleszy „Ideologie naszych czasów”
wspomnianego Eco
Harrisa „Thather”
i kilka książek które czytam już od lat kilku odkładając co rusz na kilka miesięcy i wracając do nich ponownie, min. Gaudowej „Powszechność i wyjątek”

Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

W przypadku książek zakładam czym bądź (jak Hoko), albo przypominam sobie na czym skończyłem. Przy odpowiednim poziomie nieporadności i nieustannym zamykaniu książek, automatyczne zapamiętywanie gdzie się skończyło jest niezwykle przydatne.
W przypadku książek drukowanych samodzielnie, a takich mam coraz więcej, przeczytane kartki odkładam na jedną półkę.

Odpowiedzi w rodzaju: „Mam wyjątkową zakładkę, taką specjalną, antyczną, przywiezioną przez męża z Tybetu” to, jak precyzyjnie widać, ściąganie sobie na głowę kłopotów.


Co sądzisz o książkach do słuchania?

Wertowanie jest w nich utrudnione. To je zdecydowanie wyklucza.

Obiekt słucha audiobooków – znaczy, że często przebywa poza domem.


Co sądzisz o e-bookach?

Piękna rzecz. Najciekawsze rzeczy zdobyłem właśnie w formie ebooków. Ostatnio jednak nauczyłem się je drukować. Nie umiem szybko czytać z ekranu, a poza tym oczy minie bolą. W ogóle zakładanie, w dobie drukarek, iż ebook jest możliwy do czytania tylko bezpośrednio z ekranu jest co najmniej dziwne.

Jeśli ktoś lubi ebooki znaczy, że rzadko wybiera się na zakupy, czyli dóbr ruchomych ma niewiele.

Na wyzwanie odpowiedziałem, teraz oczekuję napadu rabunkowego. Nie wyzywam nikogo, nie chcę mu ściągać nieszczęść na głowę. Hmm… a może defendo? Kicz jest ostatnio nie wyszedł, więc i może z tego zestawu pytań wykrzesa małe dzieło sztuki.

Na koniec zadałem sobie trochę trudu i brnąc przez blogi o książkach, modzie i szydełkowaniu dotarłem do jednej z pań, która ten łańcuch sprowadziła do Polski z pobliskich Niemiec. Jak się domyślam (po ilości odpowiedzi z google) nie ona jedyna. Myśl mam taką, że jako hokopokowiańczycy powinniśmy wymyślić własny łańcuszek, który oplecie cyberprzestrzeń, a potem będziemy z lubością obserwować jak inni męczą się odpowiadając na wymyślone przez nas pytania.

Prorok Lebioda.

Tagi

, , ,

Powiada prorok Lebioda: zaprawdę, ubogiego datkiem wesprzyj. Ale miast dać ubogiemu całego arbuza, daj mu pół arbuza, bo się gotowo ubogiemu we łbie przewrócić od szczęścia. Mówi dalej prorok: jeszcze lepiej zaś dać ubogiemu ćwierć arbuza. A najlepiej sprawić, by to kto inny dał ubogiemu arbuza. Albowiem zaprawdę powiadam wam, zawsze znajdzie się taki, kto ma arbuza i skłonny jest nim obdzielić ubogiego, jeśli nie ze szlachetności, to z wyrachowania albo dla inszego pozoru.

Rzekł razu pewnego do proroka Lebiody uczeń jego: naucz mnie, mistrzu, jak mam postąpić? Zapragnął oto bliźni mój mego ulubionego psa. Jeśli oddam ulubieńca, serce pęknie mi z żałości. Jeśli zasię nie oddam, będę nieszczęśliwy, bo skrzywdzę bliźniego odmową. Co czynić?
Czy masz, spytał prorok, coś, co kochasz mniej niż psa ulubieńca? Mam, mistrzu, odrzecze uczeń, kota psotnego, szkodnika utrapionego. I w ogóle go nie kocham.
I rzekł prorok Lebioda: Weźmij cnego kota psotnego, szkodnika utrapionego, i podaruj go bliźniemu twemu. Podwójnego wonczas zaznasz zasię szczęścia. Kota się pozbędziesz, a bliźniego uradujesz. Albowiem najczęściej tak jest, że bliźni nie podarku pragnie, lecz być obdarowanym.

Dobra księga.

Spis treści.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.